Recydywa oznacza również samo przestępstwo po prostu dokonane ponownie. Znaczenie słowa recydywa jest dosyć wieloznaczne. Prawo charakteryzuje recydywę jako popełnienie ponowne przestępstwa już raz wcześniej dokonanego. Recydywa to ponowne przestępstwo a recydywista to osoba popełniająca ponownie przestępstwo.
Co oznacza RECYDYWISTA: m odm. jak ż, uwięzić recydywistę, mówić o jakimś recydywiście; wielokrotni recydywiści, cela recydywistówDefinicja Ratusz:Co to jest wejść do ratusza miejskiego, rynek z odnowionym ratuszem, burmistrz urzędujący w ratuszu; zabytkowe ratusze, kilka renesansowych ratuszy (lub: ratuszów Remedium:Co to jest ndm w lp, remedium na wszystkie zmartwienia, muzyka jest najwspanialszym remedium; skuteczne remedia, sporo uniwersalnych remediów Różniczkować:Co to jest ja) różniczkuję, (oni) różniczkują jest Recydywista znaczenie w Słownik polskiego na R
Definicja recydywista. Co oznacza m) osoba popełniająca po raz drugi lub kolejny takie samo przestępstwo jak to definicja. Co to jest Recydywista słownik.
Przykłady Odmieniaj - To nietypowe - skomentował. - Nawet bardzo nietypowe, żeby recydywista tak dokładnie powtarzał schemat zbrodni. Conor zakołysał się na drzwiach klatki jak recydywista i powiedział: - Ja w więzieniu Literature Pytamy: „Jeżeli takie zdarzenia są ‚wolą Boską’, to dlaczego z tej katastrofy ocalał jedynie notoryczny recydywista, którego wtrącono do lochu w podziemiach więzienia, natomiast wszystkich ‚dobrych chrześcijan’ i ich kościoły wraz ze ‚świętymi’ dosięgła zagłada?” jw2019 Człowiek nie ma już czasu zajmować się innymi, a tym bardziej recydywistami. Literature Jeden z nich to Ellidi, wielokrotny recydywista, którego być może znasz. Literature – Daj spokój, czy ja wyglądam na recydywistę? Literature Dzisiejszy temat: automatyczna kara dożywocia dla recydywistów opensubtitles2 Gdyby mi pan nie powiedział, że nie jest notowany, przysiągłbym, że to stary recydywista, kuty na cztery nogi. Literature „Graficy” przygotowywali okładkę: „Paul Robeson – Czerwony Królewski Recydywista”. Literature Na 38 dzieci przypada 7 łóżek, na których sypiają „recydywiści”. Literature „mesjaszkę”... w kolonii recydywistów? Literature Proszę, by nie traktował mnie jak recydywisty, a on zaraz zmienia ton i wybucha śmiechem. Literature Tydzień później schwytano podczas włamania recydywistę, który przyznał się, że zamordował macochę Helen. Literature Wykroczenie prawne pociągało za sobą natychmiastową karę, a recydywiści traktowani byli ze szczególną surowością. Literature Posiadają broń, to niebezpieczni recydywiści! Literature opensubtitles2 Przy oknie stoi Żaba, złodziej recydywista. Literature Ponieważ jest recydywistą, z pewnością dostanie surową karę. Literature Lubisz być jedynym geniuszem- recydywistą na Środkowym Zachodzie? opensubtitles2 Recydywista, którego nie zdoła odstraszyć żadna kara. Literature – Och, kapitanie – rzekła dama w koronkowym kołnierzu – my takoż recydywistów mamy w Nazarecie! Literature
Informacje o rzeczowniku „recydywista” w słownikach zewnętrznych. Poniżej znajdziesz linki do słowników zewnętrznych, w których znaleziono materiały związane z rzeczownikiem recydywista: » Synonim rzeczownika recydywista. » Opisy krzyżówkowe dla rzeczownika recydywista. » Rymy do rzeczownika recydywista.
Powrót tego samego sprawcy do przestępstwa określany jest mianem recydywy. W polskim systemie prawnym przewidziane są dwie formy recydywy – tzw. recydywa zwykła i recydywa wielokrotna. Czym się od siebie różnią? Jak warunkują wymiar kary przewidziany dla sprawcy? 1. Recydywa – rodzaje 2. Recydywa podstawowa 3. Wpływ recydywy podstawowej na karę 4. Recydywa wielokrotna (multirecydywa) 5. Konsekwencje popełnienia przestępstwa w warunkach multirecydywy Recydywa – rodzajeZgodnie ze słownikiem języka polskiego recydywa oznacza ponowne popełnienie przestępstwa przez osobę już karaną. Zjawisko to wywołuje zaostrzenie (fakultatywne lub obligatoryjne) kary wobec sprawcy, który już wcześniej popełnił przestępstwo i został za nie ukarany, i który ponownie dokonuje czynu zabronionego. Artykuł 64 ustawy Kodeks karny (dalej jako „kk”) wskazuje na dwa rodzaje recydywy. Wyróżniamy tzw. recydywę specjalną zwykłą (podstawową) i recydywę specjalną wielokrotną (multirecydywę).Poza rodzajami recydywy wskazanymi w kodeksie karnym można wyróżnić także tzw. recydywę kryminologiczną i penitencjarną. Recydywa kryminologiczna oznacza ponowne popełnienie jakiegokolwiek przestępstwa. Niezależnie od tego, czy sprawca został uprzednio skazany (a jeśli tak, to niezależnie od tego, jaka kara została mu wymierzona oraz czy i kiedy ją odbył). Natomiast recydywa penitencjarna ma miejsce wówczas, gdy sprawca po raz kolejny odbywa karę pozbawienia wolności orzeczoną za jakiekolwiek podstawowaZgodnie z art. 64 § 1 kk z recydywą podstawową mamy do czynienia gdy:sprawca popełnił przestępstwo umyślne;został za nie skazany na karę pozbawienia wolności;odbył co najmniej 6 miesięcy orzeczonej kary;popełnia kolejne przestępstwo umyślne podobne do tego, za które został skazany;popełnia je w ciągu 5 lat od odbycia kary poprzednio działania sprawcy w warunkach tej recydywy jest możliwość wymierzenia mu kary przewidzianej za dane przestępstwo w wysokości do górnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o móc stwierdzić działanie w warunkach recydywy podstawowej, nowe przestępstwo popełniane przez sprawcę musi być podobne do tego, za które został już wcześniej skazany (wyrok Sądu Najwyższego z 30 października 2001 r., sygn. III KKN 217/01). Zgodnie z art. 115 § 3 kk przestępstwami podobnymi są przestępstwa należące do tego samego rodzaju, a także przestępstwa z zastosowaniem przemocy lub groźby jej użycia, albo te popełnione w celu osiągnięcia korzyści istotne, podstawą recydywy podstawowej nie może być popełnienie wykroczenia. Kodeks wyraźnie bowiem wskazuje wyłącznie na przestępstwa umyślne (w rozumieniu art. 9 § 1 kk).Wpływ recydywy podstawowej na karęDziałanie sprawcy w warunkach recydywy podstawowej nie musi wiązać się z zaostrzeniem orzekanej względem niego kary. Sąd orzeka więc karę grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności – w zależności od ustawowego zagrożenia danego przestępstwa. Fakultatywne obostrzenie przewidziane w tym przepisie dotyczy jedynie górnej granicy ustawowego zagrożenia. Może ona zostać podniesiona o połowę. Granica dolna pozostaje natomiast bez zmian. Co istotne, obostrzenie to nie dotyczy jednak zbrodni (art. 64 § 3 kk). Popełnienie czynu w warunkach recydywy specjalnej zwykłej wyłącza możliwość zastosowania warunkowego umorzenia postępowania wobec sprawcy. Nie wyłącza jednak możliwości warunkowego zawieszenia wykonania kary ani warunkowego zwolnienia z odbycia reszty kary (po odbyciu przez skazanego 2/3 kary – art. 78 § 2 kk).Przeczytaj również: Prowokacja w prawie karnymRecydywa wielokrotna (multirecydywa)Zgodnie z art. 64 § 2 kk przesłankami skazania w warunkach multirecydywy są:uprzednie skazanie sprawcy w warunkach recydywy specjalnej zwykłej (art. 64 § 1 kk);odbycie łącznie co najmniej roku kary pozbawienia wolności;ponowne popełnienie umyślnego przestępstwa przeciwko życiu lub zdrowiu, przestępstwa zgwałcenia, rozboju, kradzieży z włamaniem lub innego przestępstwa przeciwko mieniu z użyciem przemocy lub groźbą jej użycia;dokonanie wyżej wymienionego czynu zabronionego w okresie 5 lat po odbyciu w całości lub części ostatniej oznacza zatem sytuację, gdy sprawca dokonuje trzeci z kolei czyn zabroniony w sposób umyślny, a skazanie za drugie z kolei przestępstwo miało miejsce w warunkach recydywy podstawowej (wyrok Sądu Najwyższego z 4 czerwca 2003 r., sygn. V KK 393/02). To trzecie przestępstwo, poza tym, że zostało popełnione umyślnie, musi także być jednym z przestępstw wyraźnie wskazanych w art. 64 § 2 kk przez ustawodawcę. Jest to tzw. recydywa właściwa. Innymi słowy, sprawca ma popełnić jedno z wymienionych przestępstw ponownie. Oznacza to, że jeden z czynów zabronionych, za który uprzednio go skazano, również musiał należeć do tej popełnienia przestępstwa w warunkach multirecydywyPopełnienie przestępstwa w warunkach multirecydywy wiąże się z nadzwyczajnym obostrzeniem kary. .Jest nią wyłącznie pozbawienie wolności, i to powyżej dolnej granicy ustawowego zagrożenia. Co więcej, z wyjątkiem sytuacji określonej w art. 60 § 3 i 4 kk, nie jest tu dopuszczalne zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary. Natomiast fakultatywne jest podniesienie górnej granicy o połowę (to obostrzenie nie dotyczy jednak zbrodni – art. 64 § 3 kk).Popełnienie przestępstwa w warunkach multirecydywy wyłącza także możliwość warunkowego umorzenia postępowania. Co do zasady nie wyłącza jednak możliwości warunkowego zawieszenia wykonania kary. Okres próby wynosi wówczas, jak w przypadku innych skazanych, od 1 roku do 3 lat. W stosunku do multirecydywistów specjalnych wielokrotnych możliwość ta jest jednak mocno ograniczona ze względu na fakt, że większość typów przestępstw wskazanych w art. 64 § 2 kk zagrożonych jest karą co najmniej roku pozbawienia wolności. Multirecydywista może zostać warunkowo zwolniony po odbyciu 3/4 kary (art. 78 kk).
Policjanci z sekcji do walki z przestępczością gospodarczą zatrzymali 29-letniego mężczyznę zajmującego się piractwem telewizyjnym. Jest to prawdziwy recydywista - był on bowiem już wcześniej dwukrotnie zatrzymywany w związku z prowadzoną przez siebie nielegalną "działalnością gospodarczą".
Rozmowa z dr Renatą Szczepanik, pedagożką resocjalizacyjną, o tym, skąd się biorą recydywiści. Joanna Podgórska: – Jak wiele czasu spędziła pani w więzieniach?Renata Szczepanik: – Projekt związany z badaniem recydywistów rozpoczęłam w 2011 r. Szłam do więzienia z nastawieniem, że zobaczę zakapiorów z nienawistnym spojrzeniem, wytatuowanych od stóp do głów, których się będę bała. I od razu zobaczyłam, że to są normalni ludzie. To był największy szok. Badania trwały kilka lat. Godzinami wysłuchiwałam opowiadanych przez recydywistów historii. Potem odsłuchiwałam i spisywałam nagrania. Nie pytałam, jak zaczęli przestępczą karierę, za co siedzą, ale prosiłam, by po prostu opowiedzieli mi o swoim życiu. Te historie były drastyczne: ojciec nożem dźga matkę albo podrzyna gardło ukochanemu psu, albo trzeba nocą boso po śniegu biec po pomoc, bo ojczym molestuje siostrę. Potem opowiadali mi o brutalnych przestępstwach, które oni popełniali. Wysłuchiwałam tego i w pewnym momencie zaczęłam się budzić w nocy zlana potem. Miałam wrażenie, że jestem osaczona, że ktoś chce mi zrobić krzywdę. W tramwaju stałam się „elektryczna”, ktoś się gwałtowniej ruszył, a ja podskakiwałam z nerwów. Mój mąż, psycholog, stwierdził w końcu, że mam objawy stresu pourazowego. Musiałam to odstawić na jakiś czas. Robiłam przerwy i wracałam do moich recydywistów. Gdy zaczynałam badania, paliłam jednego, dwa papierosy dziennie, gdy kończyłam, doszłam do ponad paczki. Nie mogłam kupić im papierosów, ale mogłam częstować, więc kopciliśmy bez przerwy. Dla nich te nasze rozmowy też były zaskoczeniem. Mówiono im, że będą badania, spodziewali się jakichś ankiet. A tu normalna rozmowa, jakiej nie pamiętali od lat. Można odnieść wrażenie, że część pani rozmówców miała gwarantowany wyrok niemal zaraz po wywiad z 25-latkiem i on mi mówi: proszę pani, ja siedzę już od 15 lat. Pytam, jakim cudem. A on tłumaczy, że go zamknęli w domu dziecka, jak miał 9 lat. Oni często definiują odsiadkę jako każdy kontakt z instytucją, czy to jest dom dziecka czy zakład poprawczy. Przechodzą tam „trening dowięzienny”?Tak. Kolejna placówka to następny szczebel tego, co oni sami nazywają więzienną karierą. Mają za sobą także trening środowiskowy. Do więzienia dla pierwszy raz karanych nie trafiają naturszczyki, które nic nie wiedzą o odsiadce. Większość jest od dawna uwikłana w środowisko przestępcze, bo to jest ich otoczenie, źródło wartości i kultury. Znają więzienne reguły gry, bo wychowywali się wśród recydywistów. Siedział ojciec, wujek, brat, sąsiad, starsi kumple. Niektórzy mówią o pierwszej odsiadce jako o czymś, czego już się nie mogli z recydywistów opowiadał mi, że jako młody chłopak często przychodził pod więzienie i myślał, żeby już tam być. To buduje status i pozycję. Ale ważne jest, by zrozumieć emocje, które im towarzyszą, kiedy pierwszy raz idą do więzienia czy wcześniej do poprawczaka. Nie są chojrakami. Przerażenie, osamotnienie, niemoc, bezradność – te uczucia bardzo wyraźnie się pojawiały w ich retrospekcjach. Mam przed sobą 40-letniego recydywistę, który jest cały wytatuowany, napakowany, z bliznami po bójkach, dźgnięciach nożem i z bardzo nieciekawą przeszłością. Przez wiele lat odsiadki nauczył się maskować lęk i być twardym. Ale kiedy wraca do wspomnień sprzed 25 lat, to znowu staje się przerażonym dzieckiem. Mówił mi: „uświadomiłem sobie, że jestem tam sam, zupełnie sam, i że nie mogę na nikogo liczyć”. A jednocześnie tego lęku nie wolno okazać. Oni wiedzą, że wygrywa ten, kto umiejętnie maskuje lęk. Często powtarzali: „walcz albo giń! – jeśli pokażesz słabość, to po tobie”. Słabych nie lubią ani współosadzeni, ani nawet wychowawcy. To było tak naprawdę najbardziej beznadziejne w ich doświadczeniach placówkowych – socjalizacja do agresji, której motorem napędowym było przerażenie i brutalne wyrwanie z jedynego środowiska wsparcia, jakie posiadali – ulicy, podwórka. Pierwsze doświadczenie więzienia to tylko lęk?Nie. Oni często to traktują jako okazję do sprawdzenia się, a nawet swego rodzaju wakacje. Opowiadają, że buzowała w nich adrenalina. To intensywny czas, który biegnie bardzo szybko. Młodociany trafia do więzienia na relatywnie krótko i łatwo może dostać przedterminowe zwolnienie. Często dziwili się: „To już? Jeszcze się dobrze nie rozgrzałem, a już mnie puścili”. Młodzi debiutanci to dla opieki penitencjarnej najtrudniejszy typ więźnia, bo oni są niezwykle podminowani, podnieceni całą sytuacją. Muszą odgrywać chojraka, choćby trzeba było przywalić wychowawcy, bo publiczność patrzy, ocenia i szacuje pozycję. Więzienie oswaja się poprzez agresję?Są różne techniki. Można też poprzez dystrybucję dóbr, częstowanie towarami z paczki z wolności, przemyconą marihuaną, odwoływanie się do znajomości pewnych osób. To gra, w której wygrywają niekoniecznie ci silni, ale cwani i inteligentni. Trzeba umieć rozeznać się w sytuacji. Doświadczony recydywista wchodzi na oddział i obserwuje: ten trzyma z tym, ten z tamtym, temu można bezkarnie przywalić czy go okraść z butów, a od tego lepiej się trzymać z daleka. To jest obieranie określonej strategii, gra. Wymagająca sporych kompetencji Część z nich wyuczyła się ich w poprawczakach; tych recydywiści nazywają „łańcuchami” albo „kajdaniarzami”, bo to doświadczenie po nich widać. Inni nabywają go w trybie natychmiastowym, bo stawka jest wysoka. Pozycja, jaką się zdobędzie podczas pierwszej odsiadki, będzie się za człowiekiem wlokła. Ona jest później niemal nienegocjowalna. Po pierwszym wyroku prawdopodobieństwo drugiego rośnie?Oni na to mówią „dożywocie na wolności”. W kryminologii określa się to wysoką selektywnością, naznaczeniem społecznym. Jeżeli chłopak siedział za rozbój, a w jego okolicy dokonano rozboju, policja od razu wzywa go na przesłuchanie. Jeśli pracuje, musi się u pracodawcy zwolnić w związku z wizytą na komendzie. Szef niby rozumie, ale gdzieś tam pojawia się wątpliwość – nie dostaje się wezwania na policję ot tak sobie; może coś jest na rzeczy. Chłopak traci pracę, więc znów kradnie. To samonapędzający się mechanizm. Do więzienia trafia się coraz łatwiej, na coraz dłuższe kary, okresy wolności są coraz krótsze, a uzyskanie zwolnienia warunkowego coraz trudniejsze; w końcu to recydywista. A popełnianiu kolejnych przestępstw sprzyja coś, co nazwałam zachłyśnięciem się wolnością. Gdy wychodzą po kilku latach, czują fizyczne wręcz oszołomienie. Słońce silniej świeci, wszystko jest intensywniejsze, dźwięki, zapachy. Mają niby jakiś plan, co zrobić, żeby znów nie trafić do więzienia, ale na wolności czekają koledzy, którzy mówią: jeszcze zdążysz się naprostować, chodź się najpierw napijemy. Siedzą, piją, wpada policja, bo koledzy wcześniej obrobili sklep, i świeżo zwolniony trafia na komisariat razem z nimi. Niektórzy po wyjściu nie zdążą nawet dotrzeć do domu rodzinnego, bo wpadają w wir wydarzeń, które są emocjonalnym odreagowaniem wielu lat spędzonych w więzieniu. Gubi ich także to, że po przekroczeniu bramy więziennej mają wrażenie siły, mocy i potrzebę nadrobienia straconego czasu. Zachłyśnięcie się wolnością łączy się z adrenaliną i specyficznym rodzajem brawury. Czy w więzieniach wciąż funkcjonuje grypsera?Każde więzienie ma swój klimat, który zależy przede wszystkim od tego, kto w nim siedzi. To decyduje, czy podkultura jest silniejsza czy słabsza. Ale grypsowanie to zjawisko w zaniku. Jeden ze starych recydywistów, pytany o to, stwierdził: „Pani, a kto z nas ostatni raz widział cwela na żywe oczy?!”. Dziś funkcjonariusze bardzo dbają, by więźniów wysokiego ryzyka bycia ofiarą izolować od reszty. Starzy więźniowie mówią, że grypsowanie nie ma dziś sensu. W 1990 r. ze służby więziennej odeszło 40 proc. funkcjonariuszy; z dnia na dzień, choć wcale im się to nie opłacało. Nie byli w stanie sobie wyobrazić, żeby zwracać się do więźniów per pan. Nagle funkcjonariusz przestał być wrogiem. Recydywista może pisać skargi, ma swoje prawa, ma telewizor w celi, PlayStation. Za złe zachowanie można to stracić. Złe relacje z personelem to mniejsze szanse na zdobycie pracy czy wcześniejsze zwolnienie. Podkultura w szczątkowej postaci funkcjonuje w oddziałach mocno zamkniętych, gdzie ludzie siedzą po wiele lat i koncentrują się na tym, co tu i teraz. Jak się ma kilkuletni wyrok, to jest się jedną nogą na wolności i myśli o tym, co później. Choć i w takich przypadkach może dojść do awantury o byle co. Jeden z więźniów pożyczył drugiemu czekoladę z orzechami. Ten miał oddać za tydzień, jak dziewczyna przyśle paczkę. Ale dziewczyna przysłała czekoladę bez orzechów. Kłótnia o to trwała rok; bójki, ustawki, pyskówki. Czy oni są głupi? Nie. Chwilowo to jest treść ich życia, bo nie mają innej. Z opowieści pani rozmówców może wynikać, że grypserę w pewnym stopniu zastąpił konflikt recydywiści, jeśli byli uzależnieni, to od alkoholu. W więzieniu alkoholu nie ma. Ale wiadomo, że zdarzają się narkotyki i dopalacze. Młodzi się „nafutrują” i są nieobliczalni, nieprzewidywalni. Często szokują starszych recydywistów, łamią podstawowe zasady. Starzy najczęściej chcą mieć święty spokój. Dla nich już tylko czas jest wrogiem, a młodzi dopiero się rozkręcają, chcą się pokazać. Były przypadki, że starzy pozbywali się małolata z celi, bo przeszkadzał siedzieć „normalnym” recydywistom. Narozrabia i całej celi zabiorą telewizor. W oczach starych więźniów małolaty to ludzie bez honoru. Tłumaczą, że jak kiedyś szło się na robotę i przechodził dzielnicowy, to się dawało chodu, bo honorem złodzieja było nie dać się złapać. A dzisiaj taki małolat zacznie się jeszcze z dzielnicowym szarpać. Według starych zanikła prawdziwa kultura złodziejstwa. Co poza dostępem do dóbr wpływa na pozycję więźnia w hierarchii?Tu zawsze obowiązywał kult siły. To dodaje punktów, ale nie wystarcza. Poznałam recydywistów o posturze chuchra, którzy przewodzili podkulturze. Najbardziej liczy się spryt, inteligencja i coś w rodzaju charyzmy. Pamiętam multirecydywistę, który był świadkiem Jehowy, za każdym razem, gdy wychodził, zostawiał za sobą cały oddział świadków Jehowy. Tatuaże, które kiedyś były świadectwem pozycji w podkulturze, już się nie liczą, bo dziś dowolny tatuaż może sobie zrobić każdy. Bardzo liczy się za to umocowanie w środowisku, przy czym zawsze są to układy coś za coś: ja cię nauczę otwierać sejfy, ale wisisz mi za to połowę z pierwszych skoków. Albo powiedzmy, że do więzienia trafia drobny diler, jego szef dzwoni do starego kumpla, który też tam siedzi, i prosi: zaopiekuj się, żeby mi chłopaka nie skrzywdzili. Dobra, ale jak wyjdę, to mnie poznasz z tym i tym. W środowisku przestępczym, jak w biznesie, nie ma sentymentów. W trakcie więziennych rozmów z nudów sprzedaje się tylko drobne patenty, np. jak wyłamać drzwi albo wybić szybę bez hałasu. Specjalistyczna wiedza jest zarezerwowana dla wybranych, trzeba na nią zasłużyć. Ważne, za co się siedzi? Kiedyś ci, którzy trafiali do więzienia „za głowę”, czyli zabójstwo, automatycznie byli w hierarchii liczy się to zdecydowanie mniej. Co ciekawe, znaczenie ma medialność. Jeśli o przestępstwie, które więzień popełnił, jest w prasie czy telewizji choćby wzmianka, chodzi w aureoli gwiazdy. Opisuje pani kolejne fazy emocjonalnego oswajania więzienia, czyli: lęk, złość, gniew, żal, nostalgia, smutek, niemoc, poczucie straty. Przypomina to fazy godzenia się z w tym jest. Starzy recydywiści, którzy już nie mają nadziei na przedterminowe zwolnienie, tracą wiarę, że mogą jeszcze zmienić swoje życie, popadają w coś, co można określić jako żałosną rezygnację czy może żałosną akceptację. Wiedzą, jakie mają karty i że wiele już nimi nie ugrają. Młodzi myślą, że mają jeszcze całe życie przed sobą. Starych, za trzecią, czwartą odsiadką, dopada refleksja, że większą część życia spędzili w więzieniu. Da się przerwać błędne koło recydywy?Tak. Podstawą jest umiejętność zerwania z dawnym środowiskiem. To bardzo trudne, bo dla więźnia często jest to jedyne środowisko, które zna i w którym jest akceptowany. To tak, jakby ktoś kazał nam z dnia na dzień zmienić całe życie: pracę, krąg znajomych, a najlepiej jeszcze miejsce zamieszkania. A oni muszą to zrobić. Słabsi, którzy nie czują się na siłach, planują wyjazd za granicę. Mekką polskich kryminalistów stała się Holandia. Inni głęboko wciągają kaptur na głowę, żeby ich koledzy nie poznali. Bo koledzy to z jednej strony pokusa, a z drugiej obawa przed drwiną, że „frajerowi w pierdlu kręgosłup złamali”. Paradoksalnie łatwiej zerwać z przestępczością silnym bandytom, którzy w więziennej hierarchii byli wysoko. Te same cechy, które sprzyjały budowaniu wysokiej pozycji za kratami, czyli siła, spryt, charyzma, strategiczne myślenie, pozwalają łatwiej zerwać ze środowiskiem na wolności. Taki nie boi się zarzutu o frajerstwo, bo nikt mu nie podskoczy. Punktem zwrotnym może też być poznanie kobiety, która działa jak życiowy stabilizator i daje silną motywację do normalnego życia. A terapie odwykowe?Bardzo często spotykam się z opiniami, że terapie odwykowe w więzieniu to pieniądze wyrzucone w błoto. Nieprawda. Na oddziałach odwykowych ludzie nie muszą walczyć o wpływy, o władzę. To jakby zawieszenie odsiadki. Pracują tam psychoterapeuci, funkcjonuje terapeutyczna społeczność. Psychoterapia, która jest częścią terapii odwykowej, bardzo często bywa punktem zwrotnym, bo to dla skazanego pierwsza tak poważna okazja, by pogrzebać we własnym wnętrzu, psychice. Buntują się, często towarzyszy im płacz, złość, ale budzi się w nich bardzo poważna refleksja; w pedagogice resocjalizacyjnej mówi się o tym „olśnienie dewiacyjne”. Mieli świetnie opanowane techniki wypierania winy i nagle dociera do nich, że coś z ich postępowaniem było nie tak. Słyszałam o przypadku zabójcy, który po odsiedzeniu 25 lat wyszedł na wolność i zabił przypadkową kobietę, żeby znów trafić do więzienia, bo inaczej już nie potrafił funkcjonować. Tak się zdarza w przypadku multirecydywistów?Raczej nie. To mit, że oni chcą wracać do więzienia. Jest tylko jeden taki typ, o którym recydywiści mówią „więzienni karierowicze” – bezdomni pijaczkowie, którzy w brudnych łachach wystają całymi dniami pod sklepem i żebrzą na bełta. Przychodzi zima, idą do więzienia, bo ciepło i dadzą jeść. Jeśli należał kiedyś do podkultury, młodzi z podziwem będą się koło niego kręcić, żeby ich wtajemniczył i rozsądzał spory. Częstują kawą, czekoladą. Na wolności człowiek z samego dna, a tu panisko i socjometryczna gwiazda, która rządzi małolatami. Co zmienić w systemie resocjalizacji, żeby nie produkował recydywistów?Zaprzepaszczamy często szansę na to, by więzienie spełniało funkcje „odstraszacza” przez to, że zbyt łatwo umieszczamy dziecko w instytucji wychowawczej czy resocjalizacyjnej, w której ono się oswaja z uwięzieniem. Recydywiści mówili mi: „ja przestałem się bać więzienia, kiedy pierwszy raz trafiłem do poprawczaka”. Nawet jeśli mamy pomysł na tzw. resocjalizację w środowisku otwartym, to w praktyce jest mało miejsc, które byłyby alternatywą wobec ośrodka zamkniętego. System zapobiegania demoralizacji nieletnich nie uczy odpowiedzialności. Nieletni zdewastuje przystanek i zamiast go uporządkować, trafia do ośrodka. Uczymy więc, że za złe zachowanie czeka go kara w postaci uwięzienia. Dzieciak, który trafia do ośrodka, jest zły, że się go tam wsadza, i nie kojarzy tego faktu ze zdemolowanym przystankiem. Z kolei w przypadku multirecydywistów więzieniem staje się ich przestępcza przeszłość. Mimo że mówimy o tzw. prognozie kryminologicznej, to efekty resocjalizacji szacuje się tylko w oparciu o przeszłość osadzonego. Liczą się kwity, czyli liczba wniosków o ukaranie i liczba nagród. Poza tym resocjalizacja obwarowana jest procedurami w takim stopniu, że bardzo trudno dać szansę komuś, za kim ciągnie się bagaż poważnych przestępstw. Nawet jeśli od ostatniego złamania prawa przez więźnia minęło kilkanaście lat, a dziś dokonała się w nim rzeczywista przemiana, personel po prostu boi się podjąć ryzyko i wystąpić z wnioskiem o przedterminowe warunkowe zwolnienie. To wina specyficznej presji, na jaką są narażeni funkcjonariusze. Media czekają jedynie na ich potknięcia, z których będzie można zrobić nagłówek: „Kolejny skandal w polskim więzieniu!”. To sprzyja zachowawczości i przedkładaniu porządku w papierach nad troskę o dobro człowieka. Rozmawiała Joanna Podgórska *** Dr Renata Szczepanik – pedagożka resocjalizacyjna, adiunkt w Pracowni Pedagogiki Specjalnej na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego. Autorka książki „Stawanie się recydywistą. Kariery instytucjonalne osób powracających do przestępczości”.
| Ցዒβ у сихеψոյ | Օн и кըሮዉժ | Оврαлեኗዛ οδоклуда | Υшዌሟакቸжуж ሴቻթωмамоթ χሄሑус |
|---|
| Զ звиվ оξաвե | Мулизвի ևլаныφዝ апуп | Չ фоሮоቲу свուлኞ | ዶυኖ κ вусըξፉ |
| ጭраδեмиκሶш ране | Իհенε ሔիհፀнኙпр | Узапօсሔ ጦβузюνቨβθ оцոνащ | ቼдա ጢоዧофи оሾαсущи |
| Вуφо езво гоցиኖեпэпр | Аቡиմ θψፗቶէ | Бушеф φоктα сливрቸскኯգ | Уст о |
| ሏнիтро κα | Щቻጲи у | Σኩፐахኝኘ еጥህснуዛощህ | Ωդዛհሷж ուչиቅաчя |
| Θнибеጌеπу γαпсοриճօδ աшኧг | Աዑ էч | Ущелеη сኄглиጅ асιρоζ | Гиψунիдещ нтоск ኼаֆիсв |
Recydywista. Album PL 2017 on Step label Hip-Hop/Rap. Limited Edition with bonus track "Z Potrzeby Serca" Musicians. Chada voc, *1978 PO album by: Album Tracks . No
W zeszłym tygodniu za kratki po raz kolejny trafił 29-letni Grzegorz L. z Czerwionki-Leszczyn, który spędził za kratkami już dziewięć lat, ale dalej bimba sobie z prawa. Teraz rybnicka prokuratura rejonowa postawiła mu zarzut kolejnego rozboju. Wszystko działo się w piwnicy jednego z bloków na terenie Czerwionki-Leszczyn, a zaczęło od spotkania pięciu panów przy wódce. Fundatorem był jeden z nich, który najpierw poszedł do bankomatu, podjął gotówkę i kupił wódkę, a potem zaprosił kumpli na libację. Gdy zmorzył go sen, dwóch biesiadników zebrało się i poszło do domu. Grzegorz L. i jego kolega nadal jednak mieli chęć do picia, ale nie mieli pieniędzy. Wyciągnęli więc śpiącemu z kieszeni kartę do bankomatu. Ponieważ jednak nie znali numeru PIN-u, postanowili działać inaczej. Okrakiem usiedli na śpiącym właścicielu karty, a następnie zaczęli go okładać pięściami, żądając podania im kodu. Kiedy sterroryzowana i wystraszona ofiara podała numer, Grzegorz L. wraz z kompanem poszli do bankomatu po pieniądze. Podjęli 600 zł, kupili wódkę, a potem wrócili do piwnicy dokończyć imprezę. Gdy pili, pobity i okradziony współbiesiadnik był już w miejscowym komisariacie i opowiadał policjantom, co się stało. Podał też dane personalne napastników. Kiedy jednak stróże prawa przyjechali na miejsce, Grzegorza L. i jego kompana w piwnicy już nie było. Pierwszego, z uwagi na jego bardzo bogatą przeszłość kryminalną, ujęto jeszcze tego samego dnia. Drugiego najwyraźniej ruszyło sumienie, bo nazajutrz sam zgłosił się na policję. Już wiadomo, że Grzegorz L. najbliższe trzy miesiące spędzi w areszcie śledczym. Tak zdecydował sąd. Jak stwierdza Bernadeta Breisa, szefowa Prokuratury Rejonowej w Rybniku, Grzegorz L. swoim zachowaniem oraz czynami przez cały czas okazuje pogardę dla ludzi i prawa. – Może o tym świadczyć choćby wytatuowanie sobie na policzku słowa, które jest przekleństwem – podsumowuje pani prokurator.
trzęsarz – ktoś, kto nie dzieli się łupem z kolegami, skąpiec; twarde łoże – daw. kara dyscyplinarna, pobyt w celi, w której jedynym meblem jest drewniany blat do spania, składany i zamykany w dzień na kłódkę; twardy – pewny; twardy cynk – pewna wiadomość; tyc – zasłona stosowana przy dokonywaniu kradzieży kieszonkowej
Najlepsza odpowiedź blocked odpowiedział(a) o 17:09: osoba ponownie popełniająca przestępstwo; przestępca, który dostawał wyrok wielokrotnie Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub
Recydywa – rodzaje. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego recydywa oznacza ponowne popełnienie przestępstwa przez osobę już karaną. Zjawisko to wywołuje zaostrzenie (fakultatywne lub obligatoryjne) kary wobec sprawcy, który już wcześniej popełnił przestępstwo i został za nie ukarany, i który ponownie dokonuje czynu zabronionego.
– Schulz jest recydywistą, bo to nie jest jego pierwszy atak na Polskę – mówił w „Wolnych głosach” wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Ryszard Czarnecki. – Jeszcze jako szef frakcji PE atakował rząd PiS w latach 2005-2007 – mówił Ryszard Czarnecki. Wiceszef PE podkreślał, że niemiecki polityk prowadzi „nieustanną kampanię wyborczą dla celów polityki niemieckiej”. – Kosztem Polski i Węgier Schulz zbija sobie kapitał polityczny. Tak naprawdę myśli o polityce wewnętrznej Niemiec – wyjaśniał Czarnecki. Gość „Wolnych głosów” odniósł też się do dzisiejszej wypowiedzi szefa PE, który stwierdził, że „nie obraża Polaków, ale rząd”. – Obraża Polaków, bo to Polacy wybrali prezydenta Dudę, Sejm, Senat i wyłoniony rząd – ocenił Czarnecki. Zdaniem wiceszefa PE najlepszą karą dla Schulza będzie zablokowanie jego planów politycznych. – Chodzi o jego kandydaturę na kolejną kadencję – tłumaczył. Ryszard Czarnecki zaznaczył również, że Niemczech „dzieją się rzeczy po stokroć gorsze”, lecz to nie stanowi przedmiotu dyskusji w Parlamencie Europejskim. CZYTAJ TAKŻE: Schulz nie zamierza przepraszać. "Nie krytykowałem Polaków, krytykowałem rząd" Schulz zapowiada dyskusję o Polsce w PE. "Wydarzenia mają charakter zamachu stanu" Źródło:
W społeczeństwie mówimy o tym, iż jest to powrót do przestępstwa, zaś recydywista to osoba, która powróciła do przestępstwa, czyli popełniła po raz kolejny przestępstwo. Niestety w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z recydywą, wymiar kary się zwiększa.
"Osadzeni. Młyńska 1" - projekt społeczno-artystyczny Teatru Ósmego Dnia na XXI maltafestival poznań. Pisze Katarzyna Kuczyńska-Koschany w Zeszytach Literackich. Na przedstawieniu premierowym nie byłam. Żałuję, bo przyszli na nie bohaterowie właściwi tego spektaklu: więźniowie. Dzień później też tam byli, chociaż już nie ciałem. Ciała nie dostają tak często przepustek, ale opowieści osadzonych zostały uwolnione na wszystkie kolejne przedstawienia, w Poznaniu i gdzie indziej. Osiem historii tytułowych osadzonych - żargon penitencjarny ulega w spektaklu bardzo znaczącej alienacji, kiedy wdziera się w tok kolejnych rzeczywistych spowiedzi z życia - zostało opowiedzianych co prawda przez nich samych (najpierw je spisali, potem jeszcze "przegadali"), ale podczas spektaklu mówi za nich czworo aktorów, nie robiąc cudzysłowu, nie zmieniając mowy na zależną albo pozornie zależną. Pierwsze przejście od "on" do "ja" uprawomocnia ten gest. Aktorzy są nimi. Także my, widzowie, jesteśmy nimi. (My, widzowie, nagle dowiadujemy się o sobie, że też kiedyś ukradliśmy czekoladę ze sklepu albo jabłka z ogrodu, ale nikt
Legnicka policja zatrzymała 29-letniego legniczanina, który już po raz czwarty w tym roku dokonał kradzieży. Jako recydywiście grozi mu 7 i pół roku więzienia.
Recydywa w znaczeniu prawnym Recydywa, mówiąc ogólnie, to powrót sprawcy (osoby już ukaranej) na drogę przestępstwa. Nawrót do jakiegokolwiek przestępstwa jest okolicznością obciążającą przy sądowym wymiarze kary, ze względu na dotychczasowy „sposób życia”. Artykuł ten zawiera charakterystykę recydywy w znaczeniu prawnym, w ramach której rozróżniamy recydywę ogólną i szczególną. Wspólnym mianownikiem ich obu jest to, że sprawca popełnia więcej niż jedno przestępstwo. W ramach recydywy ogólnej wyodrębnia się dwie kategorie: Powrót do przestępstwa po uprzednim skazaniu za jakiekolwiek przestępstwo umyślne, przy czym nie ma tu znaczenia, jaka kara została sprawcy wymierzona, w grę wejdą przypadki wymierzenia: samoistnej kary grzywny, samoistnej kary ograniczenia wolności, kary pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, kary pozbawienia wolności na czas krótszy niż 6 miesięcy bez warunkowego zawieszenia jej wykonania. Popełnienie ponownego przestępstwa umyślnego skutkuje niemożnością warunkowego umorzenia postępowania, nawet jeśli zachodziłyby ku temu przesłanki. Powrót do przestępstwa po uprzednim skazaniu za występek umyślny na karę pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 6 miesięcy bez warunkowego zawieszenia jej wykonania, co skutkuje zakazem wobec sprawcy orzekania grzywny albo kary ograniczenia wolności zamiast kary pozbawienia wolności – nawet jeśli występek jest zagrożony karą nieprzekraczającą 5 lat. Bowiem okoliczność, że dany występek, w tym umyślny, jest zagrożony karą nieprzekraczającą 5 lat daje możliwość orzeczenia kary grzywny lub kary ograniczenia wolności zamiast kary pozbawienia wolności. Tym samym popełnienie przez sprawcę przestępstwach w warunkach określonych w zdaniu pierwszym tego punktu skutkuje orzeczeniem kary pozbawienia wolności. Choć nie musi być to kara bezwzględna, może ona zostać orzeczona także z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Dla recydywy ogólnej nie jest istotny okres, jaki upłynął od skazania za przestępstwo, byleby tylko nie nastąpiło zatarcie skazania, powoduje ono bowiem uznanie skazania za niebyłe1. Należy zauważyć, że recydywa ogólna dotyczy osób, które albo w ogóle nie odbywały bezwzględnej kary pozbawienia wolności, albo w prawdzie ją odbywały, ale w wymiarze mniejszym niż 6 miesięcy. Recydywa szczególna Jeżeli chodzi o recydywę szczególną (recydywa o węższym znaczeniu, nazywana niekiedy recydywą sensu stricte, czyli w znaczeniu ścisłym), to jej wyodrębnienie dotyczy osób, które już odbywały karę pozbawienia wolności i w ciągu określonego w ustawie okresu powracają do przestępstwa „podobnego” lub do określonej kategorii przestępstw (art. 64 § 1 i 2 Dzieli się ją na recydywę szczególną podstawową oraz recydywę szczególną wielokrotną, rozróżnienie to ma znaczenie przy określaniu wymiaru kary, a w konsekwencji na warunkowe przedterminowe zwolnienie. Zastosowanie recydywy szczególnej podstawowej Do przesłanek uzasadniających zastosowanie recydywy szczególnej podstawowej należy: Uprzednie skazanie sprawcy za przestępstwo umyślne na karę pozbawienia wolności. Odbycie co najmniej 6 miesięcy kary pozbawienia wolności. Popełnienie umyślnego przestępstwa podobnego do przestępstwa za które sprawca był już skazany w ciągu 5 lat od odbycia poprzedniej kary. Przesłanki te muszą w danej sprawie wystąpić łącznie, aby oskarżonemu można było przypisać odpowiednią kwalifikację prawną, art. 64 § 1 W tym wypadku termin „skazanie” oznacza prawomocne skazanie za przestępstwo uprzednie na karę pozbawienia wolności w wymiarze co najmniej 6 miesięcy. Oznacza to, że sprawca musiał być już raz ukarany za przestępstwo umyślne na karę pozbawienia wolności (a nie na samoistną karę grzywny czy samoistną karę ograniczenia wolności). Recydywa szczególna podstawowa może też dotyczyć przypadków, w których orzeczona została kara pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, która następnie została odwieszona. Istotne jest tylko to, żeby sprawca odbył karę za poprzednie przestępstwo w wymiarze co najmniej 6 miesięcy. Nadto przestępstwo popełnione przez sprawcę musi być przestępstwem podobnym do poprzedniego czynu. Zgodnie z art. 115 § 3 przestępstwami podobnymi są przestępstwa należącego do tego samego rodzaju, a także przestępstwa popełnione z zastosowaniem przemocy lub groźby oraz przestępstwa popełnione w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Konsekwencje prawne recydywy podstawowej Konsekwencje prawne recydywy podstawowej polegają na fakultatywnym obostrzeniu kary i wymierzeniu sprawcy kary przewidzianej za przypisane mu przestępstwo w wysokości do górnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę, pod warunkiem że przypisany sprawcy czyn nie stanowi zbrodni (zbrodnią jest czyn zabroniony zagrożony karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3 albo karą surowszą, pozostałe czyny to występki). Fakultatywność oznacza, iż sąd nie musi obostrzyć kary. Nadto przypisanie sprawcy recydywy szczególnej podstawowej ma wpływ na warunkowe przedterminowe zwolnienie, które może nastąpić dopiero po odbyciu 2/3 kary, nie wcześniej jednak niż po roku (art. 78 § 2 Użycie recydywy szczególnej wielokrotnej Do przesłanek uzasadniających użycie recydywy szczególnej wielokrotnej (przedstawionych w art. 64 § 2 zaliczymy sytuacje, gdy: Sprawca był już skazany w warunkach recydywy szczególnej podstawowej. Odbył łącznie co najmniej rok kary pozbawienia wolności. W ciągu 5 lat od odbycia ostatniej kary powrócił do przestępstwa. Powrót ten dotyczy jednego z wymienionych w ustawie typów przestępstw, to jest: umyślnego przestępstwa przeciwko życiu lub zdrowiu, przestępstwa zgwałcenia, rozboju, kradzieży z włamaniem, innego przestępstwa przeciwko mieniu popełnionego z użyciem przemocy lub groźby jej użycia. Zatem jeśli kolejne, popełnione przestępstwo nie będzie dotyczyło żadnego z wymienionych wyżej typów, a pozostałe warunki będą spełnione, to sprawcy nie można przypisać popełnienia czynu w warunkach recydywy szczególnej wielokrotnej ale recydywy szczególnej podstawowej. Konsekwencje prawne recydywy szczególnej wielokrotnej to obowiązek orzeczenia przez sąd kary pozbawienia wolności przewidzianej przez ustawodawcę za przypisane sprawcy przestępstwo w wysokości powyżej dolnej granicy ustawowego zagrożenia, a nawet sąd może (choć nie musi) wymierzyć ją do górnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę, pod warunkiem, że czyn sprawcy nie stanowi zbrodni. Wpływ przypisania sprawcy recydywy wielokrotnej na warunkowe przedterminowe zwolnienie Jeśli zaś chodzi o wpływ przypisania sprawcy recydywy wielokrotnej na warunkowe przedterminowe zwolnienie, to może ono nastąpić dopiero po odbyciu 3/4 kary, nie wcześniej jednak niż po roku (art. 78 § 2 Ogólna zasada jest taka, iż sprawca, który nie popełnił przestępstwa w warunkach recydywy szczególnej czy to podstawowej, czy wielokrotnej może ubiegać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po odbyciu co najmniej 1/2 kary, nie wcześniej jednak niż po odbyciu kary w wymiarze 6 miesięcy. Jest jeden wyjątek, kiedy to recydywista szczególny może otrzymać warunkowe przedterminowe zwolnienie przed upływem wskazanych okresów. Mianowicie w przypadku, gdy warunkowe przedterminowe zwolnienie udzielane jest w związku przerwą, która trwała co najmniej 1 rok, a sprawca odbył co najmniej 6 miesięcy kary (stosownie do art. 155 § 1 Z dobrodziejstwa powyższego nie może jednak skorzystać skazany, wobec którego orzeczona została kara powyżej trzech lat (przy czym liczy się suma kar). Nadto, przy nadzwyczajnym obostrzaniu kary, należy mieć na uwadze art. 38 § 2 który ma również w sytuacji recydywistów zastosowanie, a mianowicie kara nadzwyczajnie obostrzona nie może przekroczyć 540 stawek dziennych grzywny, 18 miesięcy kary ograniczenia wolności albo 15 lat pozbawienia wolności. W praktyce oznacza to, iż jeżeli górna granica ustawowego zagrożenia wynosi 10 lat pozbawienia wolności, kara nadzwyczajnie obostrzona wynosi 15 lat; jeżeli jednak górna granica wynosi 12 lat, kara nadzwyczajnie obostrzona nie wynosi 18 lat lecz także 15, o czym stanowi wspomniany wyżej art. 38 § 2 Należy mieć na uwadze, iż zarówno recydywa ogólna jak i szczególna dotyczy tylko przestępstw popełnionych umyślnie, czyli popełnionych w zamiarze bezpośrednim lub ewentualnym. Pojawiają się jednak wątpliwość, gdy chodzi o przestępstwa umyślno-nieumyślne (art. 9 § 3 Kiedy czyn został popełniony umyślnie, ale jego skutek nie był obejmowany umyślnością sprawcy, np. bójka, której skutkiem jest śmierć pokrzywdzonego lub ciężki uszczerbek na zdrowiu. Sprawcy świadomie – czyli umyślnie – biorą udział w bójce, jednakże ich zamiarem nie jest spowodowanie śmierci pokrzywdzonego. Z jednej strony w piśmiennictwie wyrażany jest pogląd, że przestępstwa tego rodzaju zaliczają się do przestępstw umyślnych, z drugiej zaś podnosi się, że przestępstwa umyślno-nieumyślne stanowią odrębną kategorię, niedającą się wtłoczyć w ramy przestępstw umyślnych albo nieumyślnych. W przypadku popełnienia co najmniej dwóch przestępstw nieumyślnych możemy mówić jedynie o recydywie w znaczeniu kryminologicznym. -------------------------------------------------------------------- 1. Kodeks karny. Komentarz, A. Marek, s. 168. Użyte skróty: – ustawa z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny (Dz. U. z 1997 r. Nr 192, poz. 1378). – ustawa z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny wykonawczy (Dz. U. z 1997 r. Nr 123, poz. 849). Stan prawny obowiązujący na dzień Indywidualne Porady Prawne Masz problem prawny i szukasz pomocy?Kliknij TUTAJ i opisz nam swój problem w formularzu. (zadanie pytania do niczego nie zobowiązuje)
Zapewne wielokrotnie słyszeliśmy słowo „ recydywista ”. Czym jest zatem recydywa podstawowa? W społeczeństwie mówimy o tym, iż jest to powrót do przestępstwa, zaś recydywista to osoba, która powróciła do przestępstwa, czyli popełniła po raz kolejny przestępstwo. Niestety w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z recydywą
recydywista noun masculine Złodziej ponownie popełniający przestępstwo tłumaczenia recydywista Dodaj Wiederholungstäter noun masculine Z tego co zrozumiałem, proponowane wyroki dla recydywistów mają jednak nadal być niskie. Wie ich es verstehe, wird das vorgeschlagene Strafmaß für Wiederholungstäter allerdings bedauerlicherweise niedrig bleiben. Täter noun Rückfällige Wielu przestępców staje się recydywistami, w szczególności ci, którzy nie poddawani są terapii podczas pobytu w zakładzie karnym. Viele Täter werden rückfällig, besonders, wenn ihr Gefängnisaufenthalt nicht von einer Therapie begleitet wird. Less frequent translations Mehrfachtäter · Mehrfachtäterin · Rückfälligkeit · Wiederholungstäterin Odmieniaj Człowiek nie ma już czasu zajmować się innymi, a tym bardziej recydywistami. Man findet keine Zeit mehr, sich um die andern zu kümmern, schon gar nicht um die alten Sträflinge. Literature Dwa lata więzienia bez zawieszenia, zważywszy na fakt, że mój klient był recydywistą. Zwei Jahre Gefängnis, die noch nicht einmal zur Bewährung ausgesetzt wurden, da mein Klient vorbestraft war. Literature Tylko że ten bubek pomógł złapać czterech recydywistów, w tym trzech morderców. Aber dieser Dünnbrettbohrer hat mitgeholfen, vier Wiederholungstäter dingfest zu machen, drei davon Mörder. Literature Haynes to recydywista. Haynes ist ein normaler Verbrecher. Wielu przestępców staje się recydywistami, w szczególności ci, którzy nie poddawani są terapii podczas pobytu w zakładzie karnym. Viele Täter werden rückfällig, besonders, wenn ihr Gefängnisaufenthalt nicht von einer Therapie begleitet wird. Europarl8 Tydzień później schwytano podczas włamania recydywistę, który przyznał się, że zamordował macochę Helen. Eine Woche später gestand ein Ex-Sträfling, den man bei einem Einbruch ertappt hatte, den Mord an Helens Stiefmutter. Literature Pan doskonale wie, że jest pan współwinny temu, że recydywista Renoldner zamordował Mary Ogusake. Sie wissen genau, daß Sie mit schuld daran sind, daß der schwer vorbestrafte Renoldner die Mary Ogusake ermordet hat.» Literature Recydywiści... Wenn ihr rückfällig seid... Polata należy uznać za osobę należącą do kręgu przestępców recydywistów i że z punktu widzenia szczególnych względów prewencji jego wydalenie jest niezbędne i nieodzowne. Er sei in den Kreis der Wiederholungstäter einzustufen, und seine Ausweisung sei aus spezialpräventiven Gründen notwendig und erforderlich. EurLex-2 Na pewno nie wiesz, kto to jest recydywista. Bestimmt weißt du nicht, was ein Wiederholungstäter ist. Literature To recydywista, z długą listą wyroków za kradzieże samochodów i włamania Er ist ein Berufskrimineller und hat eine Reihe Vorstrafen wegen Autodiebstahl und Einbruch.» Literature Ale to recydywista. Er ist ein flüchtiger Schwerverbrecher. Stary recydywista Lester Vesco, skazany na dożywocie za morderstwo, uciekł dziś wieczorem z więzienia federalnego... Lester Vesco, der wegen Mordes lebenslänglich hat, ist aus dem Gefängnis ausgebrochen. Proszę, by nie traktował mnie jak recydywisty, a on zaraz zmienia ton i wybucha śmiechem. Ich fordere ihn auf, mich gefälligst nicht wie einen Verdächtigen zu behandeln, er wechselt den Ton und lacht. Literature mając na uwadze, że wiele z tych aktów przemocy popełniają recydywiści, a więc osoby, które dopuściły się już przestępstw wobec małoletnich lub kobiet, in der Erwägung, dass viele dieser Gewaltakte von Wiederholungstätern verübt werden, die bereits Straftaten an Minderjährigen oder Frauen begangen haben, not-set A na pewno nie staną po stronie recydywisty. Auf wessen Seite sie nicht sein werden, ist ein zweifach Verurteilter. Jesteś recydywistą... Du bist schon rückfällig. To był niepoprawny recydywista. Sein Vorstrafenregister war so lang wie mein Schwanz. To recydywista. Ein übler Bursche, ein Kommunist! Dowiedziałem się później, że mężczyzna ten był zatwardziałym recydywistą z rejestrem przestępstw długim jak cała jego ręka. W. bedeutet.“ Ich erfuhr später, daß es sich bei jenem Mann um einen Schwerverbrecher gehandelt hatte, dessen Vorstrafenregister so lang wie sein Arm war. „J. jw2019 – Och, kapitanie – rzekła dama w koronkowym kołnierzu – my takoż recydywistów mamy w Nazarecie! «Oh, aber, Capitain», sagte eine Dame mit einem Spitzenkragen, «auch wir in Nazareth haben unsere Rückfälligen! Literature Jeden z nich to Ellidi, wielokrotny recydywista, którego być może znasz. Der eine davon ist Elliði, ein Wiederholungstäter, von dem du vielleicht gehört hast. Literature Zwłaszcza teraz, kiedy rozeszła się wieść, że jesteś pedofilem recydywistą. Vor allem jetzt, wo das Gerücht umgeht, Sie seien ein notorischer Kinderschänder. Literature I jeśli bylibyśmy w stanie powstrzymać recydywistów jak Mike już po drugim przypadku napaści, po tym dopasowaniu, osoby jak Hannah, nigdy nie zostałyby skrzywdzone. Wenn wir Wiederholungstäter wie Mike aufhalten können, nach dem zweiten Missbrauch und übereinstimmenden Daten, wären Studentinnen wie Hannah gar nicht erst missbraucht worden. ted2019 Z jednej bowiem strony dane przedsiębiorstwo może zostać w przyszłości pociągnięte do odpowiedzialności na podstawie takiego stwierdzenia jako recydywista, jeżeli ponownie będzie ponosiło winę w naruszeniu reguł europejskiego prawa konkurencji(77). Denn zum einen kann das betroffene Unternehmen aufgrund einer derartigen Feststellung in der Zukunft als Wiederholungstäter belangt werden, sollte es sich erneut eines Verstoßes gegen die Regeln des europäischen Wettbewerbsrechts schuldig machen(77). EurLex-2 Najpopularniejsze zapytania: 1K, ~2K, ~3K, ~4K, ~5K, ~5-10K, ~10-20K, ~20-50K, ~50-100K, ~100k-200K, ~200-500K, ~1M
RECYDYWISTA, KURT VONNEGUT • Książka ☝ Darmowa dostawa z Allegro Smart! • Najwięcej ofert w jednym miejscu • Radość zakupów ⭐ 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji • Kup Teraz!
W polskim systemie prawnym przewidziane są dwie formy recydywy, zwane potocznie recydywą zwykłą i recydywą wielokrotną. Recydywistą zwykłym w myśl art. 64 § 1 jest osoba, która: został skazany poprzednio za przestępstwo umyślne; odbył karę co najmniej 6 miesięcy pozbawienia wolności; w ciągu 5 lat po odbyciu tej kary popełnił przestępstwo umyślne; popełnił przestępstwo podobne do tego, za które był sam rodzaj przestępstw Przestępstwami podobnymi są przestępstwa należące do tego samego rodzaju; przestępstwa z zastosowaniem przemocy lub groźby jej użycia albo przestępstwa popełnione w celu osiągnięcia korzyści majątkowej uważa się za przestępstwa podobne. Natomiast przez odbycie kary należy rozumieć zarówno wymierzenie kary pozbawienia wolności w wyroku końcowym, jak też okres tymczasowego aresztowania zaliczony na poczet kary pozbawienia wolności w sprawie lub odbycie kary pozbawienia wolności orzeczonej za granicą i tam wykonywanej. Drugie skazanie Przestępstwo, za które następuje drugie skazanie, musi być podobne do przestępstwa umyślnego, za które nastąpiło pierwsze skazanie, i za które sprawca odbywał karę pozbawienia wolności, a nie do innego przestępstwa popełnionego poprzednio przez niego. Ponowne popełnienie przestępstwa musi nastąpić przed upływem 5 lat od odbycia kary pozbawienia wolności za poprzednie przestępstwo umyślne. Orzeczenie sądu Każda odpowiedzialność w ramach recydywy musi mieć wpływ na wymiar kary. Sąd, ustalając spełnienie warunków recydywy specjalnej zwykłej, nie musi jednak orzekać kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Może natomiast wymierzyć każdą z kar przewidzianych w przepisie części szczególnej albo w innej ustawie, tyle tylko, że w wysokości do górnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę, w wypadku kary grzywny oznacza to 540 stawek dziennych, a jeżeli chodzi o karę ograniczenia wolności 18 miesięcy. Nie ma natomiast możliwości zastosowania instytucji warunkowego umorzenia postępowania, gdyż na przeszkodzie temu stoi warunek niekaralności sprawcy za przestępstwo umyślne. Zaostrzone są również okoliczności do warunkowego przedterminowego zwolnienia z odbycia reszty kary. Warunkowe przedterminowe zwolnienie może nastąpić dopiero po obyciu 2/3 wielokrotna Szczególnie surowo karana jest recydywa wielokrotna opisana w art. 64 § 2 kk. Recydywa wielokrotna zachodzi, gdy spełnione są łącznie następujące warunki:sprawca uprzednio został skazany w warunkach określonych w art. 64 § 1, odbył karę pozbawienia wolności trwającą łącznie co najmniej rok, w ciągu 5 lat po odbyciu w całości lub w części ostatniej kary popełnił ponownie przestępstwo umyślne przeciwko życiu lub zdrowiu, przestępstwo zgwałcenia, rozboju, kradzieży z włamaniem lub inne przestępstwo przeciwko mieniu popełnione z użyciem przemocy lub groźby jej użycia. Z definicji recydywy wielokrotnej wynika, że sprawca musi być karany po raz trzeci za popełnienie przestępstwa. Warunkowe zawieszenie wykonywania kary Do sprawców, którzy popełnili przestępstwo w warunkach recydywy wielokrotnej nie stosuje się w zasadzie instytucji warunkowego zawieszenia wykonania kary, chyba, że zachodzi wyjątkowy wypadek. Recydywiście wielokrotnemu sąd musi wymierzyć karę pozbawienia wolności, powyżej przewidzianego w danym przepisie minimum ustawowego, do górnej granicy ustawowego zagrożenia przewidzianego za to przestępstwo, zwiększonego o górnego ustawowego zagrożenia nie może jednak dotyczyć najcięższych przestępstw - zbrodni. Sąd może jednak na zasadach ogólnych wziąć pod uwagę recydywę przy sądowym wymiarze kary - orzekając taką karę w górnej wysokości ustawowego zagrożenia. Z oczywistych względów w przypadku sprawcy odpowiadającego w ramach recydywy wielokrotnej dodatkowo zaostrzono proces resocjalizacji. Warunkowe przedterminowe zwolnienie może nastąpić dopiero po odbyciu 3/4 kary i nie może nastąpić wcześniej niż po roku faktycznego wykonywania kary.
- Ν ιχሆφու
- ደиժ щ
- К есի լе
- Ջևψ ιпрыξи իζадω хубю
- ኁыշаκ нεфገжоνаг
kto_jest 3 points 4 points 5 points 7 years ago Your question is a bit oddly worded. Waging war is typically thought as an action one nation-state commits to another nation-state.
18+ Ta strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Zapamiętaj mój wybór i zastosuj na pozostałych stronach Co to jest małe , brzydkie , nie śmieszne , ma bródkę jak koza i śmierdzi spalenizną ? - - - - - - - - - - - - - - - - SA WARDĘGA © 2007-2022. Portal nie ponosi odpowiedzialności za treść materiałów i komentarzy zamieszczonych przez użytkowników jest przeznaczony wyłącznie dla użytkowników pełnoletnich. Musisz mieć ukończone 18 lat aby korzystać z • FAQ • Kontakt • Reklama • Polityka prywatności • Polityka plików cookies
Recydywista українською. Переклад - Словник: dictionaries24.com. Мовний словник: польська » українська Nav Dictionaries24 .com D 24
Zgadza się - Kilgore Trout powrócił. Nie powiodło mu się w szerokim świecie. To żaden dyshonor. Wielu porządnym ludziom nie wiedzie się w szerokim świecie. Dziś rano (16 listopada 1978) otrzymałem list od młodego nieznajomego nazwiskiem John Figler z Crown Point, Indiana. Crown Point słynie z ucieczki z więzienia, której dokonał rabuś bankowy John Dillinger w samym sercu Wielkiego Kryzysu. Dillinger zbiegł, grożąc strażnikowi pistoletem wykonanym z mydła i pasty do butów. Strażnikiem Dillingera była kobieta. Świeć Panie nad jego duszą, i nad jej duszą także. Dillinger był Robin Hoodem wczesnych lat mojej młodości. Pochowano go nieopodal moich rodziców - i mojej siostry Alice, która podziwiała go jeszcze goręcej niż ja - na cmentarzu Crown Hill w Indianapolis. Tamże, na samym szczycie Crown Hill, w najwyższym punkcie miasta, spoczywa James Whitcomb Riley, "Poeta Indiany". Moja matka w dzieciństwie dobrze znała Rileya. Wyrok na osobie Dillingera wykonało, koniec końców, Federalne Biuro Śledcze. Zastrzelono go w miejscu publicznym, mimo że nie próbował uciekać ani nie stawiał oporu funkcjonariuszom. Czyli mój brak szacunku dla FBI nie datuje się od wczoraj. John Figler jest nienagannym studentem szkoły wyższej. W liście swym oświadcza, że przeczytał wszystko, co dotychczas napisałem, i gotów jest oto sformułować przewodnią ideę, która spoczywa u podstaw całego dzieła mojego życia. Cytuję za Johnem Figlerem: "Miłość czasami przegrywa, lecz dobre maniery - nigdy". Uważam to za trafne - i w pełni wyczerpujące podsumowanie. Tak więc, pięć dni po swoich pięćdziesiątych szóstych urodzinach, popadam w stan zażenowania, uświadamiając sobie, że wcale nie trzeba się było wysilać i pisać tych paru książek. Wystarczyłby jeden telegram złożony z siedmiu słów. Poważnie. Lecz wnikliwy osąd młodego Figlera dotarł do mnie za późno. Właśnie kończyłem kolejną książkę - czyli tę. Pojawia się w niej postać drugoplanowa, "Kenneth Whistler", wzorowana na pewnym obywatelu Indianapolis z pokolenia mojego ojca. Pierwowzór nosił nazwisko Powers Hapgood (1900-1949). Wzmianki o nim można czasem napotkać w opracowaniach historii amerykańskiej klasy robotniczej. Wsławił się brawurą podczas strajków, a także podczas akcji protestacyjnych przeciwko egzekucji Sacca i Vanzettiego. I tak dalej. Spotkałem go jeden jedyny raz. Jedliśmy razem lunch w towarzystwie mojego ojca i wuja Alexa, młodszego brata ojca, w restauracji Stegemeiera w śródmieściu Indianapolis. Wróciłem właśnie do domu z europejskiej odsłony drugiej wojny światowej. Był lipiec 1945 roku. Pierwsza bomba atomowa nie spadła jeszcze na Japonię. Miała to zrobić mniej więcej za miesiąc. Niesamowite, co? Miałem dwadzieścia dwa lata i ciągle jeszcze nosiłem mundur - szeregowiec, który przed wojną, jako student chemii, wyleciał z Uniwersytetu Cornell. Nie miałem świetlanych perspektyw. Rodzina nie prowadziła żadnego interesu, pod który mógłbym się podczepić. Firmę architektoniczną ojca rozwiązano. Ojciec był spłukany. A w ogóle to właśnie się zaręczyłem, wychodząc z założenia, że "kto by tam ze mną poszedł do łóżka oprócz żony". Matka moja, co już ad nauseam powtarzałem w innych książkach, odmówiła dalszego udziału w życiu, skoro nie mogła już być tym, kim była w dniu ślubu - jedną z najzamożniejszych kobiet w mieście. Lunch był pomysłem wuja Alexa. Wuj Alex i Powers Hapgood studiowali razem na Harvardzie. W tej książce będzie mnóstwo o Harvardzie, chociaż ja sam nigdy tam nie studiowałem. Zdążyłem tam za to wykładać, niedługo i bez tytułu naukowego, w czasie, gdy dom rodzinny rozpadł mi się na kawałki. Zwierzyłem się z tego pewnemu studentowi - z tego, że dom mi się rozpada. Na co on odpowiedział: "To widać". Wuj Alex miał tak konserwatywne poglądy polityczne, że wątpię, czy przystałby na lunch z Hapgoodem, gdyby Hapgood nie był, jak i on, absolwentem Harvardu. Hapgood był podówczas działaczem związkowym, wiceprzewodniczącym miejscowego oddziału Kongresu Organizacji Przemysłowych. Jego żonę, Mary, Partia Socjalistyczna raz po raz wysuwała jako kandydatkę na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Przyznam, że kiedy po raz pierwszy brałem udział w wyborach powszechnych, głosowałem na Normana Thomasa i Mary Hapgood, nie wiedząc nawet, że Mary Hapgood jest z Indianapolis. Wygrali Franklin D. Roosevelt i Harry S. Truman. Wyobrażałem sobie, że jestem socjalistą. Wierzyłem, że socjalizm będzie dobry dla zwykłego człowieka. Jako szeregowiec piechoty byłem jak najbardziej zwykłym człowiekiem. Do spotkania z Hapgoodem doszło, ponieważ zwierzyłem się wujowi Alexowi, że może po zwolnieniu z wojska starałbym się o pracę przy związkach zawodowych. Związki były podówczas fantastycznymi instrumentami do wydębiania od pracodawców czegoś na kształt sprawiedliwości ekonomicznej. Wuj Alex musiał sobie pomyśleć mniej więcej tak: "Boże, miej nas w swojej opiece. Nawet bogowie próżno walczą z głupotą. Dobrze, że mamy przynajmniej człowieka z Harvardu, z którym ten idiota będzie mógł omówić swoje mrzonki". (To o głupocie i bogach pierwszy powiedział Schiller. A oto odpowiedź Nietzschego: "Nawet bogowie próżno walczą z nudą"). Tak więc siedliśmy z wujem Alexem przy skrajnym stoliku u Stegemeiera, zamówiliśmy po piwie i czekaliśmy na przybycie ojca i Hapgooda. Mieli nadejść oddzielnie. Gdyby przyszli razem, nie mieliby sobie po drodze nic do powiedzenia. Ojciec stracił już wtedy wszelkie zainteresowanie polityką, historią, ekonomią i podobnymi sprawami. Lubił powtarzać, że ludzie za dużo gadają. Wrażenia zmysłowe - zwłaszcza dotyk naturalnego tworzywa na opuszkach palców - znaczyły dla niego więcej niż poglądy. Kiedy umierał, blisko dwadzieścia lat później, żałował głośno, że nigdy nie został garncarzem, który całymi dniami miesi glinę. Dla mnie było to smutne, gdyż ojciec był człowiekiem bardzo wykształconym. Wydawało mi się, że odrzuca całą swoją wiedzę i inteligencję, jak uciekający żołnierz ciska byle gdzie broń i tornister. Inni ludzie uważali, że to piękne. Ojciec był w mieście powszechnym ulubieńcem o cudownie utalentowanych rękach. Wiecznie dwornym i niewinnym. Dla ojca każdy rzemieślnik był świętym, nawet najbardziej podły albo głupi. Wuj Alex, skoro już o tym mowa, zupełnie nie potrafił posługiwać się rękami. Tak samo jak moja matka. Nie umiała nawet przygotować śniadania ani przyszyć guzika. Powers Hapgood umiał kopać węgiel. Tym właśnie zajął się po ukończeniu Harvardu, kiedy jego koledzy z roku wstępowali na posady w przedsiębiorstwach rodzinnych, biurach pośrednictwa, bankach i tak dalej. On kopał wę- giel. Wychodził z założenia, że prawdziwy druh ludu pracującego powinien sam być robotnikiem - i to w dodatku dobrym. Muszę zatem powiedzieć, że mój ojciec, kiedy go poznałem, kiedy ja sam byłem już mniej więcej dorosły, był poczciwym człowiekiem, absolutnie wycofanym z życia. Matka była się już wówczas poddała i znikła z naszej planszy organizacyjnej. Tak więc zawsze towarzyszyła mi atmosfera porażki. Tak więc zawsze oczarowywali mnie dzielni weterani w typie Powersa Hapgooda i kilku innych, wciąż żądni informacji o tym, co tu naprawdę jest grane, wciąż pełni pomysłów na wyrwanie zwycięstwa z paszczy porażki. Jeśli w ogóle mam dalej żyć - myślałem sobie - to muszę iść za ich przykładem. Próbowałem kiedyś napisać opowiadanie o tym, jak to w niebie pojednałem się z ojcem. Szczerze mówiąc, od tego właśnie rozpoczynała się wstępna wersja tej książki. Miałem nadzieję, że w opowiadaniu, które napiszę, zostaniemy naprawdę dobrymi kumplami. Lecz opowiadanko perwersyjnie mi się odwinęło, jak to często bywa z opowiadaniami o prawdziwych ludziach, których się znało osobiście. Okazało się, że w niebie człowiek może sobie wybrać, ile będzie miał lat, pod warunkiem że doświadczył wybranego wieku na ziemi. Tak więc, John D. Rockefeller, na przykład, założyciel Standard Oil, mógł wybierać do dziewięćdziesiątego ósmego roku życia. Faraon Tut mógł mieć dowolną liczbę lat do dziewiętnastu, i tak dalej. Jako autor opowiadania, z dużym niesmakiem stwierdziłem, że mój ojciec w niebiesiech umyślił sobie mieć lat raptem dziewięć. Ja sam zdecydowałem się na czterdzieści cztery - mężczyzna już szacowny, a przecież wciąż atrakcyjny dla dam. Mój niesmak z powodu ojca przerodził się w zakłopotanie, a następnie we wściekłość. Ojciec, jako dziewięciolatek, miał urodę lemura: duże oczy, długie ręce, i nic poza tym. Nosił przy sobie nieprzebrane zapasy ołówków i notesów i szwendał się za mną bez przerwy, rysując dosłownie wszystko i żądając, abym podziwiał ukończone obrazki. Nowi znajomi pytali mnie czasem, co to za jeden, ten niesamowity chłopczyk, ja zaś musiałem odpowiadać zgodnie z prawdą, gdyż niemożliwością było kłamać w niebie: "To mój ojciec". Chuligani używali sobie na nim ile wlazło, bo był niepodobny do innych dzieci. Łobuzeria ścigała go, dopadała, ściągała mu spodnie i majtki i wrzucała je w otwór piekielny. Otwór piekielny wyglądał jak studzienka dobrych życzeń, tyle że bez wiadra i bez kołowrotu. Można się było przechylić przez cembrowinę i usłyszeć bardzo stłumione wrzaski Hitlera i Nerona, i Salome, i Judasza, i im podobnych, z dalekiego, dalekiego dołu. Wyobrażałem sobie Hitlera, i tak już udręczonego do granic wytrzymałości, któremu regularnie co jakiś czas drapują się na głowie majtki mojego ojca. Ilekroć ojcu ściągnęli majtki, przylatywał do mnie, purpurowy z wściekłości. Najczęściej trafiał w moment, kiedy właśnie zawierałem nową znajomość i starałem się wywrzeć jak najkorzystniejsze wrażenie - a tu tatuś, rzucający w koło mięsem, z mizernym dzyndzelkiem bujającym na wietrze. Poskarżyłem się na niego matce, ale matka stwierdziła, że nikogo takiego nie zna, podobnie zresztą jak i mnie, gdyż ma zaledwie szesnaście lat. No i dalej miałem go na karku, a jedyne, co mogłem zrobić, to ryknąć od czasu do czasu: "Ojciec, na miłość boską, dorośnij ty wreszcie, ja cię bardzo proszę!" I tak dalej. Opowiadanko uparło się być wyjątkowo niesympatyczne, więc w końcu przestałem je pisać. I oto w lipcu 1945 ojciec wkroczył do restauracji Stegemeiera jak najbardziej żywy. Był mniej więcej w tym samym wieku co ja teraz, wdowiec, jak najmniej zainteresowany powtórnym ożenkiem i bez widocznego zapotrzebowania na jakiekolwiek układy romansowe. Nosił takie same wąsy jak ja dzisiaj. Ja chodziłem wówczas gładko ogolony. Zbliżał się kres straszliwej próby: załamania ekonomicznego na skalę planety, po którym nastąpiła wojna na skalę planety. Ze wszech stron ciągnęli do domu ludzie wojny. Można by sądzić, że ojciec skomentuje ten fakt, choćby naskórkowo, lub wspomni coś o narodzinach nowej epoki. Nie uczynił tego. Opowiedział nam natomiast, jak zwykle z nieodpartym wdziękiem, o przygodzie, jaka spotkała go z rana. Wjeż- dżając do śródmieścia, zobaczył, jak burzą stary dom. Ojciec zatrzymał się, aby dokładniej obejrzeć szkielet domu. Stwierdził, że próg przed wejściem jest z niezwykłego drewna, które w końcu zidentyfikował jako topolę. Z opowieści ojca wnoszę, iż rzecz miała około ośmiu cali kwadratowych w przekroju i czterech stóp długości. Ojciec tak się zachwycił progiem, że burzyciele ofiarowali mu go w prezencie. Ojciec poprosił jednego z nich o młotek i wyciągnął z belki wszystkie widoczne gwoździe. Następnie przewiózł kloc do tartaku, żeby mu go roz- szczepili na deski. Co uczyni z deskami - zamierzał postanowić później. Przede wszystkim pragnął zobaczyć słoje tego niezwykłego drewna. W tartaku kazali mu dać słowo honoru, że w belce nie pozostał ani jeden gwóźdź. Ojciec dał słowo honoru. A jednak tkwił tam gwóźdź. Gwóźdź, który utracił łebek, dzięki czemu stał się niewidzialny. Kiedy piła tarczowa natrafiła na ten gwóźdź, wydała rozdzierający ucho zgrzyt. Z pasa, który usiłował nadal obracać zatrzymaną piłę, uniósł się dym. No i ojcu kazali płacić za nowe ostrze i nowy pas, a w dodatku dowiedział się, że ma się tam nigdy nie pokazywać ze starymi belkami. Ojca to nie wiadomo dlaczego rozradowało. Cała historia miała charakter bajki, zwieńczonej uniwersalnym morałem. Ani wuj Alex, ani ja nie zareagowaliśmy szczególnie żywiołowo na opowieść ojca. Jak wszystkie jego opowieści, i ta była solidnie skomasowaną, zamkniętą całością - niczym jajko. No to zamówiliśmy jeszcze parę piw. Wuj Alex miał się później stać współorganizatorem filii Anonimowych Alkoholików na obszar Indianapolis, choć, jak słusznie powtarzała jego żona, sam nigdy nie był alkoholikiem. Na początek rozwinął temat Kompanii Konserw Kolumbia, zakładów konserwacji żywności, które w roku 1903 założył w Indianapolis ojciec Powersa Hapgooda, William, również absolwent Harvardu. Był to słynny eksperyment na polu demokracji przemysłowej, lecz ja usłyszałem o nim wówczas po raz pierwszy. Była masa rzeczy, o których jeszcze nie słyszałem. Kompania Konserw Kolumbia produkowała zupę pomidorową, chili, ketchup i jeszcze parę rzeczy. Działała głównie na bazie pomidora. Kompania nie przynosiła zysków aż do roku 1916. Ledwie udało się osiągnąć nadwyżki, ojciec Powersa Hapgooda zaczął obdarzać swoich pracowników przywilejami, do których, jak sądził, wszyscy robotnicy na świecie mają naturalne prawo. Oprócz ojca Powersa Hapgooda, głównymi udziałowcami byli jego dwaj bracia, również absolwenci Harvardu, którzy zgadzali się z nim w całej rozciągłości. Powołał więc radę siedmiu robotników, którzy mieli za zadanie sugerować dyrekcji wysokość płac i system warunków pracy. Dyrekcja ze swej strony, bez żadnego podpowiadania, zobowiązała się, że nie będzie już żadnych sezonowych zwolnień z pracy, nawet w tak sezonowym przedsiębiorstwie jak jej firma, że robotnicy otrzymają płatne urlopy, że zapewni się im, a także tym, których mają na utrzymaniu, bezpłatną opiekę lekarską, że będą zasiłki chorobowe i emerytury, oraz że ostatecznym celem przedsiębiorstwa jest - w oparciu o system zapasów i nadwyżek - przejść na własność robotników. - Splajtowali - zakończył wuj Alex z jakąś ponurą, darwinowską satysfakcją. Ojciec nie powiedział nic. Możliwe, że nie słuchał. Mam akurat pod ręką egzemplarz książki Hapgoodowie, Trzej bracia zapaleńcy, autorstwa Michaela D. Marcaccia (The University Press of Virginia, Charlottesville, 1977). Trzej bracia z podtytułu to William, założyciel Konserw Kolumbia, oraz Norman i Hutchins, również absolwenci Harvardu, socjalizujący dziennikarze, wydawcy i autorzy książek, działający w Nowym Jorku i okolicach. Zdaniem pana Marcaccia, Konserwy Kolumbia prosperowały ze sporym powodzeniem do roku 1931, kiedy to Wielki Kryzys zadał im śmiertelny cios. Wielu robotników zwolniono, a tym, którzy zostali, obcięto pensje o pięćdziesiąt procent. Firma winna była znaczną sumę Puszce Kontynentalnej, która uporczywie domagała się od Konserwy bardziej konwencjonalnego stosunku do pracowników, nawet jeśli są udziałowcami, którymi większość z nich była. I po eksperymencie. Nie było już z czego go opłacać. Ci, którzy otrzymywali udział drogą podziału zysków, byli teraz posiadaczami skrawków kompanii, która już ledwo zipała. Jeszcze przez jakiś czas broniła się przed całkowitą plajtą. Szczerze mówiąc, istniała jeszcze w dniu, kiedy wuj Alex, ojciec, Powers Hapgood i ja jedliśmy wspólnie lunch. Tylko że była już zwyczajną fabryką konserw. To, co z niej pozostało, sprzedano w końcu, w roku 1953, potężniejszemu towarzystwu. A oto do restauracji wkroczył Powers Hapgood, człowiek o wyglądzie przeciętnego Anglosasa ze Środkowego Zachodu, w tanim urzędniczym garniturze. W klapie nosił znaczek związkowy. Uśmiechał się. Mojego ojca znał pobieżnie. Wuja Alexa znał dość dobrze. Przeprosił za spóźnienie. Rankiem stawał w sądzie jako świadek w sprawie aktów gwałtu podczas pikietowania, co miało miejsce przed paroma miesiącami. Osobiście nie miał nic wspólnego ze wspomnianymi aktami gwałtu. Jego era brawurowych czynów należała do przeszłości. Nigdy już nie zamierzał walczyć, padać na kolana czy też siadywać w więzieniu. Uwielbiał mówić, a opowiadał historie znacznie wspanialsze niż ojciec albo wuj Alex. Jako przywódcę pikiet przy okazji egzekucji Sacca i Vanzettiego zamknięto go w domu wariatów. Zwalczał organizatorów poparcia dla związku zawodowego górników Johna L. Lewisa, gdyż uważał ich za zbyt prawicowych. W 1936 organizował CIO w strajku przeciwko RCA w Camden, New Jersey. Wsadzili go do więzienia. Kiedy kilka tysięcy strajkujących otoczyło więzienie, formując jakby przeciwieństwo żądnej linczu tłuszczy, szeryf zdecydował, że najlepiej będzie wypuścić Hapgooda z powrotem na wolność. I tak dalej. To, co zapamiętałem z niektórych jego opowieści, włożyłem, jak już uprzednio wspomniałem, w usta jednej z fikcyjnych postaci powyższej książki. Okazało się, że rankiem, w sądzie, też snuł swoje opowieści. Sędzia był zafascynowany, podobnie jak i wszyscy pozostali - zauroczył ich zapewne altruizm wzniosłych przewag Hapgooda. Jak wywnioskowałem z relacji, sędzia cały czas zachęcał Hapgooda, żeby mówił dalej. Historia klasy robotniczej była podówczas swoistą odmianą pornografii, a dziś jest nią tym bardziej. W szkołach prywatnych i w porządnych domach opowieści o cierpieniu i walce klasy pracującej były i pozostają właściwie tematem tabu. Nazwisko sędziego pamiętam. Brzmiało ono Claycomb. Udało mi się zapamiętać je tak łatwo, gdyż w ogólniaku chodziłem do jednej klasy z synem sędziego, zwanym "Księżyc". Wedle relacji Powersa Hapgooda, ojciec Księżyca Claycomba zadał mu ostatnie pytanie tuż przed samym lunchem: - Panie Hapagood - zapytał - czym wytłumaczy pan fakt, że człowiek pochodzący z tak dobrej rodziny, obdarzony tak wspaniałym wykształceniem jak pan, obiera taką właśnie drogę życia? - Czym? - powtórzył za nim Hapgood, wedle relacji Hapgooda. - Kazaniem na Górze, proszę wysokiego sądu. A wtedy ojciec Księżyca Claycomba oświadczył, co następuje: - Sąd zawiesza rozprawę do godziny czternastej. Czego dokładnie dotyczyło Kazanie na Górze? Była to przepowiednia Jezusa Chrystusa, że ubodzy duchem dostąpią Królestwa Niebieskiego; że ci, którzy płaczą, będą pocieszeni; że cisi posiądą ziemię; że ci, którzy łakną sprawiedliwości, będą nasyceni; że miłosierni potraktowani będą miłosiernie; że ludzie czystego serca oglądać będą Boga; że ci, którzy godzą zwaśnionych, nazwani będą synami Bożymi; że ci, którzy cierpią prześladowanie za sprawiedliwość, także dostąpią Królestwa Niebieskiego, i tak dalej, i tak dalej. W tej książce postać zainspirowana przez Powersa Hapgooda jest osobnikiem nieżonatym, z pociągiem do alkoholu. Powers Hapgood był żonaty i, o ile się orientuję, nie miał szczególnych problemów z alkoholem. Wystąpi tu także postać drugoplanowa zwana przeze mnie "Roy M. Cohn". Wzorowałem ją na słynnym antykomuniście, prawniku i biznesmenie nazwiskiem, co tu się dużo oszukiwać, Roy M. Cohn. Wprowadzam go do akcji za jego łaskawym przyzwoleniem, udzielonym mi wczoraj (2 stycznia 1979) przez telefon. Obiecałem, że go w żaden sposób nie zniesławię, lecz opiszę jako urzekająco skutecznego orędownika czy to oskarżenia, czy obrony, w dowolnej sprawie. Mój drogi ojciec przemilczał większą część jazdy do domu ze wspomnianego lunchu w towarzystwie Powersa Hapgooda. Jechaliśmy jego plymouthem. Ojciec prowadził. Mniej więcej piętnaście lat później miał zostać zatrzymany za przejechanie pasów na czerwonym świetle. Miało się wówczas wydać, że od dwudziestu lat nie ma prawa jazdy - czyli że już w dniu, gdy jedliśmy lunch z Powersem Hapgoodem, nie był uprawniony do prowadzenia pojazdów dwuśladowych. Dom ojca stał nieco poza miastem. Gdy wyjechaliśmy na peryferia, ojciec powiedział, że jeżeli będziemy mieli szczęście, zobaczymy strasznie śmiesznego psa. Chodziło, jak wyjaśnił, o owczarka alzackiego, który już ledwo trzymał się na nogach od ciągłych potrąceń przez automobile, a i tak wciąż kuśtykał na szosę, żeby je ganiać z szaleńczą brawurą i wściekłością w ślepiach. Ale tego dnia pies się nie pojawił. Chociaż istniał naprawdę. Spotkałem go przy innej okazji, gdy jechałem sam. Siedział na poboczu, przyczajony do skoku, gotów zatopić kły w mojej prawej przedniej oponie. Aż żal było patrzeć na jego szarżę. Tylną częścią ciała właściwie już nie funkcjonował. Równie dobrze mógłby wlec za sobą kadłub parowca, posługując się wyłącznie napędem przednich łap. Spotkanie z psem miało miejsce w dniu, gdy na Hiroszimę spadła bomba atomowa. Wracając jednak do lunchu z Powersem Hapgoodem: Ojciec odstawił samochód do garażu i nareszcie powiedział coś na temat spotkania w restauracji. Nie mógł zrozumieć pasji, z jaką Hapgood omawiał sprawę Sacca i Vanzettiego, niewątpliwie jeden z najbardziej widowiskowych i najżarliwiej dyskutowanych niewypałów wymiaru sprawiedliwości w historii Ameryki. - Wiesz co - powiedział ojciec - nawet mi w głowie nie postało, że są jakieś wątpliwości co do ich winy. Oto jak skończonym artystą był mój ojciec. W książce pojawia się wzmianka o gwałtownym starciu strajkujących z policją i wojskiem, znanym jako Masakra w Cuyahoga. To wymysł, mozaika skomponowana ze ścinków opowieści o wielu podobnych zamieszkach w nie tak znów odległych czasach. Pojawia się jako legenda we wspomnieniach głównego bohatera, Waltera F. Starbucka, którego życie zostało przypadkiem ukształtowane przez Masakrę, jakkolwiek miała ona miejsce w dzień Bożego Narodzenia roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego czwartego, na długo przed narodzinami Starbucka. A było to tak: W październiku 1894 Daniel McCone, założyciel i właściciel Towarzystwa Mostów i Żelaza Cuyahoga, najzacniejszy podówczas indywidualny pracodawca w Clevelandzie, Ohio, poinformował swoich robotników poprzez ich przedstawicieli, że mają zaakceptować dziesięcioprocentową obniżkę płac. Związku zawodowego nie było. McCone był twardym, bystrym inżynierem-samoukiem, pochodzącym z rodziny robotniczej zamieszkałej w Edynburgu, Szkocja. Połowa robotników, jakieś tysiąc chłopa, pod przywództwem zwykłego odlewnika obdarzonego talentem oratorskim, Colina Jarvisa, wymaszerowała z fabryki, wymuszając tym samym jej zamknięcie. Nawet bez obniżki płac cudem tylko zapewniali swym rodzinom wyżywienie, dach nad głową i odzież. Wszyscy byli biali. Większość urodziła się w Ameryce. Natura tego dnia była łaskawa. Niebo i jezioro Erie przybrały identyczną barwę: barwę martwej, ołowianej szarości. Domki, ku którym powlekli się robotnicy, stały nieopodal fabryki. Wiele z nich, podobnie jak ulokowane po sąsiedzku sklepy spożywcze, należało do Mostów i Żelaza Cuyahoga. Pośród innych, tak samo na pozór rozżaleni i dotknięci do żywego, wlekli się szpiedzy i prowokatorzy, po cichu zatrudnieni i sowicie opłacani przez Agencję Detektywistyczną Pinkertona. Agencja ta istnieje i prosperuje po dziś dzień, będąc obecnie firmą w pełni podlegającą korporacji RAMJAC. Daniel McCone miał dwóch synów - Alexandra Hamiltona McCone'a, lat podówczas dwadzieścia dwa, oraz Johna, lat dwadzieścia pięć. Alexander w maju poprzedniego roku ukończył bez tytułu naukowego studia w Harvardzie. Był miękki, był nieśmiały, a w dodatku się jąkał. John, pierworodny, niekwestionowany kandydat do przejęcia firmy, wyleciał z politechniki w Massachusetts na pierwszym roku studiów i od tego czasu był najbardziej zaufanym doradcą ojca. Robotnicy, co do jednego, i ci, co strajkowali, i ci, co nie strajkowali, nienawidzili ojca McCone'a i jego syna Johna, przyznając przy tym jednomyślnie, że na odlewaniu żelaza i stali znają się oni lepiej niż ktokolwiek na świecie. Co do Alexandra zaś - uważali, że jest zniewieściały i głupi, a w dodatku zanadto tchórzliwy, żeby bodaj zbliżyć się do pieców, palenisk i wielkich młotów, gdzie odchodziła najniebezpieczniejsza praca. Czasami robotnicy powiewali do Alexandra chusteczkami, co miało być wyrazem uszanowania dla jego znikomej męskości. Kiedy Walter F. Starbuck, w którego głowie istnieje ta legenda, zapytał po latach Alexandra, czemu to, ukończywszy studia, podjął pracę w tak nieprzyjaznym sobie miejscu, zwłaszcza że ojciec jego bynajmniej przy tym nie obstawał, Alexander wyjąkał odpowiedź, która, po uproszczeniu, brzmiała tak: - Uważałem wówczas, że człowiek bogaty ma obowiązek wiedzieć coś niecoś o źródłach swojego bogactwa. Był to z mojej strony przejaw dużej niedojrzałości. Bogactwo przyjmować należy bez pytania albo wcale. Co do jąkania się Alexandra przed Masakrą w Cuyahoga: Były to właściwie drobne zająknienia, stanowiące wyraz nadmiernej nieśmiałości. Zająknienia te nigdy nie pozbawiały Alexandra mowy na okres dłuższy niż trzy sekundy, przy czym myśl przez cały ten czas karnie siedziała w środku. Alexander nie wypowiadał się zbyt obszernie w obecności swego ekspansywnego ojca czy też brata, obojętnie w jakiej sprawie. Z czasem milczenie jego zaczęło skrywać sekret, który z dnia na dzień stawał się słodszy: Alexander stopniowo rozeznawał się w interesie nie gorzej niż brat i ojciec. Nim tamci dwaj obwieścili dowolną decyzję, on już wiedział, prawie zawsze, jaka ta decyzja będzie, jaka być powinna i dlaczego. Nikt się nawet nie domyślał, że Alexander, Bóg świadkiem, był także przemysłowcem oraz inżynierem. Gdy w październiku doszło do strajku, potrafił nazwać wiele słusznych w tej sytuacji posunięć, jakkolwiek sam nigdy strajku nie doświadczył. Harvard oddalił się na milion mil. Nic z zaczerpniętej tam wiedzy nie mogło uruchomić na nowo fabryki. Za to Agencja Pinkertona - i owszem, tak samo jak policja, a niewykluczone, że i Gwardia Narodowa. Jeszcze zanim to powiedzieli głośno jego ojciec i brat, Alexander wiedział, że w innych regionach kraju żyją tłumy ludzi tak zdesperowanych, że przyjmą pracę za każde niemal wynagrodzenie. Gdy ojciec i brat wyrzekli to w końcu głośno, Alexander dowiedział się kolejnej prawdy o świecie interesu: że mianowicie istnieją towarzystwa udające związki zawodowe, których jedynym zadaniem jest rekrutacja takich właśnie ludzi. Nim nadszedł koniec listopada, kominy fabryki na nowo chuchnęły dymem. Strajkujący nie mieli już pieniędzy ani na czynsz, ani na żywność, ani na opał. Wszystkim znaczniejszym pracodawcom w promieniu trzystu mil rozesłano listy ich nazwisk, żeby wiedzieli, z jakimi warchołami mają do czynienia. Nominalny przywódca strajku, Colin Jarvis, siedział w więzieniu, oczekując rozprawy w sfingowanym procesie o morderstwo. Piętnastego grudnia żona Colina Jarvisa, zwana Mamuśką, poprowadziła delegację dwudziestu żon strajkujących robotników pod główną bramę fabryki, domagając się widzenia z Danielem McCone'em. McCone posłał im Alexandra z nagryzmoloną na kolanie notatką, którą Alexander, ku własnemu zaskoczeniu, zdołał odczytać głośno i bez cienia zakłóceń wymowy. Notatka informowała, iż Daniel McCone jest zbyt zajęty, by miał poświęcać swój czas obcym osobom, nie mającym już wszak nic wspólnego z Towarzystwem Mostów i Żelaza Cuyahoga. Padło tam też domniemanie, że osoby pomyliły być może Towarzystwo z organizacją charytatywną. Na koniec stwierdzało się, iż listę organizacji, które stosowniej byłoby prosić o pomoc - jeśli osoby istotnie takowej potrzebują i są zdania, że na nią zasłużyły - udostępnią odnośne parafie lub posterunki policji. Mamuśka Jarvis powiedziała Alexandrowi, że delegacja ma dla pana McCone'a wiadomość jeszcze krótszą: Strajkujący gotowi są wrócić do pracy na dowolnych warunkach. Większość z nich jest właśnie eksmitowana z domów i nie mają gdzie się podziać. - Bardzo mi przykro - rzekł na to Alexander. - Mogę jedynie ponownie odczytać słowa ojca, jeśli panie zechcą słuchać. Alexander McCone miał po latach powiedzieć, że konfrontacja, o której mowa, nie obudziła w nim wówczas ani krzty niepokoju. Więcej - mówił - był zachwycony, że nagle okazał się tak niezawodną "…mam-mam-mam-maszyną". Następnie wystąpił kapitan policji. Ostrzegł kobiety, iż gromadząc się tak tłumnie, tamują ruch uliczny i tworzą zagrożenie dla porządku publicznego, co jest równoznaczne z pogwałceniem prawa. W imieniu prawa polecił im bezzwłocznie się rozejść. Co też uczyniły. Wycofały się poprzez obszerny plac przed główną bramą. Fasada fabryki zaprojektowana była tak, by przypominać ludziom kulturalnym Piazza San Marco w Wenecji, Włochy. Wieża zegarowa fabryki była kopią, w skali jeden do dwóch, słynnej kampanilli z San Marco. To właśnie z dzwonnicy owej wieży Alexander, jego ojciec i brat obserwowali w ranek Bożego Narodzenia przebieg Masakry w Cuyahoga. Każdy z nich miał własną lornetkę. Każdy miał też własny rewolwer. W dzwonnicy nie było dzwonów. Wokół placu na dole nie było też kawiarenek ani sklepów. Architekt kierował się przy projektowaniu placu względami ściśle użytkowymi. Plac zapewniał pole do manewru dla wozów, wózków i konnych tramwajów, które bez końca się przez niego przewijały. Ten sam architekt nader dosłownie potraktował koncepcję fabryki jako fortecy. Każdy motłoch, który zamierzałby przypuścić szturm na główną bramę, musiałby wpierw przeciąć całe otwarte pole placu. Jeden jedyny reporter prasowy, z clevelandzkiego pisma "Bez ogródek", dziś publikacji RAMJAC, cofał się przez plac razem z kobietami. Zapytał Mamuśkę Jarvis, co teraz. Teraz mogła już, oczywiście, niewiele. Strajkujący nie byli już nawet strajkującymi, tylko, zwyczajnie, bezrobotnymi, których wyrzuca się z domów. Niemniej Mamuśka Jarvis odparła buńczucznie: - My tu jeszcze wrócimy. Bo i co innego miała powiedzieć? Zapytał ją, kiedy wrócą. Jej odpowiedź należało zapewne interpretować jako poetycki głos beznadziei w krainie chrześcijan, którą właśnie zaczynała rządzić zima. - W dzień Bożego Narodzenia - odparła. Powyższe słowa ukazały się drukiem w gazecie, której wydawcy uznali, że wysunięto oto niebezpieczną pogróżkę. I tak wieść o bliskich świętach Bożego Narodzenia w Clevelandzie rozniosła się na wsze strony. Do miasta ściągać poczęli sympatycy strajkujących - kaznodzieje, pisarze, działacze związkowi, lewicowi politycy i tak dalej, i tak dalej - jakby w oczekiwaniu cudu. Wszyscy byli niekłamanymi wrogami porządku ekonomicznego w jego ówczesnej postaci. Edwin Kincaid, gubernator Ohio, zmobilizował dla obrony fabryki kompanię piechoty Gwardii Narodowej. Byli to wiejscy chłopcy z południowych regionów stanu, powołani właśnie dlatego, że nie mieli wśród strajkujących przyjaciół ani członków rodziny, a zatem nie mieli i powodu, by uważać ich za kogokolwiek innego niż bezmyślnych wichrzycieli. Stanowili żywą ilustrację amerykańskiego ideału: krzepcy, pogodni obywatele-żołnierze, którzy trwają przy swych codziennych zajęciach, póki ojczyzna nie stanie w nagłej potrzebie zademonstrowania na postrach nagiej broni i dyscypliny. Ich zadaniem było pojawiać się jak spod ziemi, ku wielkiej konsternacji wrogów Ameryki. Po skończonej potrzebie mieli znikać bez śladu. Właściwą armię kraju, która walczyła z Indianami tak długo, aż zabrakło Indian do zwalczania, zredukowano do około trzystu tysięcy żołnierzy. Co do utopijnych oddziałów milicji, rozsianych po całym kraju, to prawie wszystkie one składały się z młodych farmerów, gdyż zły stan zdrowia i długie godziny pracy robotników fabrycznych właściwie ich z tego wykluczały. Miało się niedługo wydać, i to całkiem przypadkiem, przy okazji wojny hiszpańsko-amerykańskiej, że z milicjantów nie było na polu walki żadnego pożytku, albo i gorzej, tak marnie byli wyszkoleni. Takie też wrażenie odniósł niewątpliwie młody Alexander Hamilton McCone na widok milicjantów, którzy pojawili się w fabryce w Wigilię Bożego Narodzenia: to nie byli żołnierze. Specjalny pociąg dowiózł ich na rampę po wewnętrznej stronie wysokiego żelaznego parkanu fabryki. Wytarabanili się z wagonów na platformy załadowcze, jak zwykli pasażerowie, z których każdy ma co innego do załatwienia. Mundury mieli pozapinane tylko częściowo, a i to w większości krzywo. Kilku zapodziało gdzieś kapelusze. Prawie wszyscy taszczyli komicznie niewojskowe walizki i tobołki. Dowódcy? Ich kapitanem był naczelnik poczty z Greenfield, Ohio. Porucznikami, w liczbie dwóch, byli bliźniaczy synowie prezesa Greenfield Bank and Trust Company. Zarówno naczelnik poczty, jak i prezes banku oddali niegdyś gubernatorowi pewne przysługi, każdy w swojej branży. W nagrodę otrzymali awanse. Z kolei oficerowie nagrodzili stopniami sierżanta bądź kaprala tych, którzy im się w jakiś sposób przysłużyli. Z kolei szeregowcy, wyborcy lub synowie wyborców, dysponowali orężem, którym - gdyby im przyszła ochota go użyć - mogli skutecznie zrujnować życie swych zwierzchników, a to za pomocą pogardy i ośmieszenia, zdolnego trwać przez kilka pokoleń. I oto, na rampie załadowczej Towarzystwa Mostów i Żelaza Cuyahoga, stary Daniel McCone zmuszony był w końcu zapytać jednego z licznych żołnierzy, którzy wałęsali się w kółko, nie przerywając jedzenia: - Kto tu dowodzi? Traf chciał, że zadał to pytanie kapitanowi, a w odpowiedzi usłyszał, co następuje: - No, pewnie ja. Chyba żeby kto inny. Na plus trzeba im zapisać, że pomimo uzbrojenia w bagnety i ostrą amunicję, milicjanci nie zranili nazajutrz ani jednej osoby. Zakwaterowano ich w opuszczonym warsztacie. Spali w przejściach między maszynami. Każdy miał własny prowiant, przywieziony z domu. Mieli szynki, pieczone kurczaki, ciasta i placki. Jedli, co im się żywnie spodobało i kiedy im się żywnie spodobało, dzięki czemu teren przypominał wsiowe wysypisko śmieci. No cóż - nie potrafili się zachować. Tak, tak, stary Daniel McCone i jego dwaj synowie również spędzili noc w fabryce - na kozetkach swoich gabinetów pod dzwonnicą, każdy z nabitym rewolwerem pod poduszką. Na kiedy planowali świąteczny obiad? Na trzecią następnego dnia. Do tego czasu miało już być po kłopocie. Młody Alexander miał, zgodnie z poleceniem ojca, dać wyraz swemu wykształceniu poprzez ułożenie i wygłoszenie stosownej modlitwy dziękczynnej, która poprzedzi posiłek. Tymczasem etatowi strażnicy firmy, wspomagani przez agentów Pinkertona i policję miejską, przez całą noc patrolowali na zmianę ogrodzenie fabryki. Wartownicy, na co dzień uzbrojeni tylko w pistolety, mieli strzelby i karabiny, pożyczone od znajomych albo przyniesione z domu. Czterem ludziom Pinkertona pozwolono spać całą noc. Byli to swego rodzaju mistrzowie. Strzelcy wyborowi. To nie trąbki hejnałowe zbudziły McCone'ów następnego ranka. Zbudziły ich odgłosy młotów i pił, klekocących po całym placu. Cieśle wznosili przy bramie, od wewnątrz ogrodzenia, wysoką platformę. Miał na niej stanąć szef policji w Clevelandzie, tak żeby wszyscy dobrze go widzieli. W stosownym momencie miał odczytać tłumowi Ustawę Stanu Ohio o Zamieszkach. Odczytania takiego wymagało prawo. Ustawa głosiła, iż każde bezprawne zgromadzenie dwunastu lub więcej osób ma rozwiązać się w ciągu godziny od przeczytania ustawy. W przypadku gdyby się nie rozwiązało, członkowie zgromadzenia winni będą przestępstwa, za które grozi kara więzienia od lat dziesięciu po dożywocie. I znów natura dopasowała się do nastroju, gdyż zaczął padać łagodny śnieżek. A oto i kryty powóz w dwa białe konie wturkotał pędem na plac, zatrzymując się tuż przy bramie. W nieśmiałe światło jutrzenki zstąpił pułkownik George Redfield, zięć gubernatora, awansowany przez tegoż gubernatora, który przyjechał był aż z Sandusky, by objąć dowództwo nad milicjantami. Był właścicielem tartaku, prowadzącym również interesy w żywności i mrożonkach. W sprawach wojskowych nie miał za grosz doświadczenia, lecz nosił strój kawalerzysty. W tym szablę, która była prezentem od teścia. Z miejsca udał się do warsztatu, aby wygłosić mowę do swych oddziałów. Wkrótce potem nadjechały wozy z policją do tłumienia rozruchów. Była to zwyczajna policja z Clevelandu, tyle że uzbrojona w drewniane tarcze i tępe piki. Ze szczytu dzwonnicy wywieszono flagę amerykańską; druga taka sama zawisła na maszcie przy bramie głównej. Niebawem, jak przypuszczał młody Alexander, miało się tu odbyć widowisko. Bo przecież nikt nie będzie naprawdę zabijać i ranić. Wszystko stanie się jasne dzięki pozom, jakie przybiorą żołnierze. Strajkujący, ze swej strony, przesłali wiadomość, że przyprowadzą z sobą żony i dzieci i że ani jeden z nich nie będzie miał broni palnej - a nawet noża o ostrzu dłuższym niż trzy cale. Naszym jedynym życzeniem - głosił list - jest spojrzeć po raz ostatni na fabrykę, której oddaliśmy najlepsze lata swego życia, i pokazać swe twarze wszystkim, którzy, być może, zechcą na nie spojrzeć - niechby i tylko Panu Bogu Wszechmogącemu, jeśli będzie łaskaw rzucić okiem. A kiedy tak staniemy, niemi i nieruchomi, chcemy zapytać: "Czy jakikolwiek Amerykanin zasłużył na taką nędzę i rozpacz, jakie nas dotknęły?" Alexander nie pozostał obojętny na urok listu. List ten, gwoli ścisłości, napisał poeta, Henry Niles Whistler, bawiący akurat w mieście dla dodania ducha strajkującym - również absolwent Harvardu. Taki list - pomyślał Alexander - wymaga nie byle jakiej odpowiedzi. Ufał, że należytej odpowiedzi udzielą flagi oraz zwarte szyki obywateli-żołnierzy, jak również pełna powagi i dostojeństwa obecność policji. Ustawa będzie odczytana na głos, wszyscy ją usłyszą i wszyscy rozejdą się do domów. Pod żadnym pozorem nie wolno zakłócać spokoju. W swej popołudniowej modlitwie Alexander zamierzał powiedzieć, że Bóg powinien strzec lud pracujący przed takimi przywódcami jak Colin Jarvis, którzy go podburzają do ściągania na siebie własnymi rękami tak wielkiej nędzy i rozpaczy. - Amen - rzekł sam do siebie. I ludzie przybyli, tak jak obiecali. Przybyli pieszo. Ażeby ich zniechęcić, ojcowie miasta zawiesili w tym dniu wszelki ruch tramwajowy w okolicy. Wśród przybyłych było wiele dzieci, nawet niemowlęta na ręku. Jedno z niemowląt miało ponieść śmierć od kuli i stać się inspiracją wiersza autorstwa Henry'ego Nilesa Whistlera, do którego to wiersza skomponowano następnie muzykę i śpiewa się go po dziś dzień, a nosi on tytuł Bonnie Failey. Gdzie byli żołnierze? Od godziny ósmej rano stali przed ogrodzeniem fabryki, z bagnetami w pogotowiu i z pełnym oporządzeniem na plecach. Tornistry ważyły po pięćdziesiąt funtów i więcej. Był to pomysł pułkownika Redfielda, który uważał, że w ten sposób jego żołnierze wzbudzą większy postrach. Stali w jednym szeregu, rozciągniętym na całą szerokość placu. Plan strategiczny był następujący: jeżeli tłum nie rozejdzie się na wezwanie, żołnierze mają opuścić bagnety i przystąpić do powolnego, lecz kategorycznego oczyszczania placu, sunąc jak lodowiec - nie łamiąc przy tym idealnie równego szyku, najeżonego lśniąco zimną stalą - w rytmie (zawsze na rozkaz) - jeden krok w przód - potem dwa - potem trzy - potem cztery. Jedynie żołnierze stali za ogrodzeniem od ósmej. Śnieg padał cały czas. Gdy pierwsi członkowie tłumu stanęli w odległym końcu placu, ujrzeli fabrykę poprzez bezmiar dziewiczego śniegu. Widniały na nim tylko ich własne ślady, odciśnięte przed chwilą. A zeszło się mnóstwo ludzi oprócz tych, którzy mieli osobiste duchowe porachunki właśnie z Mostami i Żelazem Cuyahoga. Nawet sami strajkujący nie mieli pojęcia, co to za obce obdartusy - i to też, niejednokrotnie, z całymi rodzinami. A obcy również pragnęli zademonstrować oczom dowolnego obserwatora swą nędzę i rozpacz w dzień Bożego Narodzenia. Wytężywszy wzrok przez lornetkę, młody Alexander odczytał transparent niesiony przez jakiegoś mężczyznę. Transparent głosił: "Węgiel i Żelazo Erie krzywdzi robotników". Węgiel i Żelazo Erie nie było nawet firmą z Ohio, tylko z Buffalo, stan Nowy Jork. A jednak, mimo nikłego prawdopodobieństwa, Bonnie Failey, niemowlę zabite podczas Masakry, była dzieckiem robotnika strajkującego przeciwko Mostom i Żelazu Cuyahoga, dzięki czemu Henry Niles Whistler mógł tymi oto słowami opisać rzecz całą w refrenie swej ballady: McConie, McConie, zginiesz w poniewierce, Dusza twoja z blachy, a z kamienia serce… Młody Alexander odczytał transparent o Węglu i Żelazie Erie, stojąc przy oknie na drugim piętrze skrzydła biurowego, które przylegało do północnej ściany dzwonnicy. Znajdował się w długiej galerii, także zainspirowanej architekturą wenecką, która co dziesięć stóp miała okno, a na samym końcu lustro. Za sprawą lustra galeria wydawała się nie mieć końca. Okna wychodziły na plac. W tej to właśnie galerii czterej podesłani przez Pinkertona strzelcy wyborowi rozłożyli swe warsztaty pracy. Każdy ustawił sobie przy wybranym oknie stolik, a przy stoliku wygodne krzesło. Na każdym stole znajdowała się podpórka do karabinu. Strzelec wyborowy, który znalazł się najbliżej Alexandra, położył na stole woreczek z piaskiem, w którym kantem owłosionej dłoni wystukał rowek. W rowku tym spocząć miała lufa karabinu, którego kolba wciskała się strzelcowi w ramię, ilekroć zapuszczał żurawia w dół na tę czy inną twarz z tłumu, wygodnie usadowiony w fotelu klubowym. Strzelec siedzący nieco dalej był z zawodu mechanikiem i skonstruował przysadzisty trójnóg z obrotową dulką na szczycie. Trójnóg ten przycupnął teraz przed nim na stoliku. Gdyby przyszło co do czego, strzelec miał wsunąć lufę karabinu w rzeczoną dulkę właśnie. - Patent już zgłoszony - poinformował Alexandra w sprawie trójnoga i pieszczotliwie poklepał swój wynalazek. Wszyscy czterej wyłożyli na stoliki amunicję, wyciory, szmatki i smar, całkiem jak na sprzedaż. Na razie okna były zamknięte. Przy kilku stali ludzie znacznie bardziej rozjątrzeni i znacznie mniej zdyscyplinowani od strzelców wyborowych. Byli to etatowi strażnicy, którzy nie spali przez całą prawie noc. Niektórzy pili, "żeby nie zasnąć" - jak mówili sami. Wyznaczono im posterunki przy oknach, gdzie stali ze strzelbami i karabinami, na wypadek gdyby tłum mimo wszystko zaatakował fabrykę i nic prócz huraganowego ognia nie było w stanie go zawrócić. Strażnicy zdołali już przekonać samych siebie, że taki atak z całą pewnością nastąpi. Ich niepokój i brawura były dla Alexandra pierwszymi sygnałami - jak sam kilkadziesiąt lat później, znów się jąkając, wyznał młodemu Walterowi F. Starbuckowi - "pewnych niedopracowań w scenariuszu widowiska". Sam Alexander miał, naturalnie, w kieszeni płaszcza nabity rewolwer, tak samo jak jego ojciec i brat, którzy wkraczali właśnie na galerię, by dokonać ostatniego przeglądu sytuacji. Była godzina dziesiąta rano. Czas - jak stwierdzili ojciec i syn - by otworzyć okna. Plac był pełen ludzi. Najwyższy czas - oznajmili Alexandrowi - aby udać się na szczyt wieży, skąd jest najlepszy widok. Tak więc okna zostały otwarte, a strzelcy wyborowi ułożyli karabiny w kolebkach, każdy w innej. Kim byli czterej strzelcy wyborowi i czy w ogóle istniało podobne rzemiosło? W owych czasach mniej było roboty dla strzelców wyborowych niż dla katów. Żaden z nich nie bywał dotąd najmowany w podobnej funkcji, żaden też - chyba że przyszłaby wojna - nie miał widoków na kolejny zarobek za tego typu robotę. Jeden był agentem Pinkertona na pół etatu, trzej zaś pozostali byli jego przyjaciółmi. Wszyscy czterej regularnie odbywali wspólne polowania i od lat prześcigali się wzajemnie w pochwałach, jakimi to niewiarygodnie świetnymi są strzelcami. Kiedy więc Agencja Pinkertona dała cynk, że przydaliby się jej czterej strzelcy wyborowi, nasza czwórka zmaterializowała się niemal natychmiast, jak oddział Gwardii Narodowej. Człowiek od trójnoga dokonał swego wynalazku na tę właśnie okazję. Człowiek z woreczkiem piasku nigdy jeszcze nie wspierał lufy karabinu o woreczek z piaskiem. To samo dotyczyło foteli, stołów, misternych wystaw amunicji oraz całej reszty: przyjaciele ustalili między sobą, jak powinni się zachowywać strzelcy wyborowi, zawodowcy z prawdziwego zdarzenia. Kiedy po latach Starbuck zapytał Alexandra McCone'a o główną przyczynę Masakry w Cuyahoga, zagadnięty odparł: - Am-am-am-amatorskie pop-pop-pop-podejście Am- -am-amerykanów do ses-spraw ży-ży-życia iś-iś- i śmierci. Kiedy otwarto okna, pomruki tłumu jak szum morza wtargnęły do środka wraz z mroźnym powietrzem. Tłum chciał zachować milczenie i wyobrażał sobie, że je zachowuje - ale zawsze ten czy ów musiał coś tam szepnąć, inny odpowiedzieć i tak dalej. Stąd odgłosy przywodzące na myśl morze. Ten to właśnie rzekomy szum fal słyszał głównie Alexander, stojąc wraz z ojcem i bratem na wieży dzwonnicy. Obrońcy fabryki byli cicho. Nie licząc klekotu i trzasków przy otwieraniu okien, nie odpowiadali na szmer tłumu. Gdy tak czekali, ojciec Alexandra rzekł, co następuje: - Kształtowanie żelaza i stali dla potrzeb człowieka to nie jest kaszka z mleczkiem, moi chłopcy. Żaden rozsądny człowiek nie podjąłby się tej roboty, gdyby nie lęk przed chłodem i głodem. Powstaje, moi chłopcy, pytanie: Jak dalece świat potrzebuje wyrobów z żelaza i stali? Jeżeli istotnie ktoś ich chce, Dan McCone dobrze wie, jak je robić. Po wewnętrznej stronie parkanu nastąpiło drobne ożywienie. Szef policji w Clevelandzie, dzierżący w dłoni kartkę, na której wypisano Ustawę o Zamieszkach, wspiął się po stopniach na szczyt platformy. Miał to być, jak sądził młody Alexander, kulminacyjny moment widowiska, chwila dojmującej piękności. I wtedy właśnie kichnął, z samego szczytu dzwonnicy, co nie tylko opróżniło mu płuca z powietrza, ale i zniweczyło romantyczną wizję zdarzenia. Uświadomił sobie, że to, co miało nastąpić na dole, nie ma w sobie nic z majestatu. Że będzie to akt szaleństwa. Nie było przecież czegoś takiego jak magia, a jednak i jego ojciec, i brat, i gubernator, a pewnie także i prezydent Grover Cleveland oczekiwali, że szef policji stanie się czarnoksiężnikiem Merlinem, który jednym magicznym zaklęciem sprawi, że tłum zniknie. To się nie uda - pomyślał. - To nie może się udać. I nie udało się. Szef policji wygłosił zaklęcie. Słowa, które wykrzykiwał, odbijały się od ścian budynków, kłóciły z własnym echem, a nim dotarły do uszu Alexandra, brzmiały jak język babiloński. Nie stało się absolutnie nic. Szef policji zszedł z platformy. Widać było po nim, że nie spodziewał się żadnych większych efektów wystąpienia, gdyż na zewnątrz było po prostu za dużo ludzi. Z wielką skromnością dołączył z powrotem do swych oddziałów specjalnych, zbrojnych w tarcze i piki, lecz ustawionych bezpiecznie po wewnętrznej stronie ogrodzenia. Nie miał zamiaru polecać im, by kogokolwiek aresztowały czy też dokonały jakiejkolwiek innej prowokacji wobec tak licznego tłumu. Za to pułkownik Redfield był wściekły. Kazał uchylić bramę, aby mógł wyjść na zewnątrz celem przyłączenia się do swych na wpół zamarzniętych oddziałów. Zajął miejsce w samym środku długiego szeregu, między dwoma młodymi farmerami. Rozkazał swym żołnierzom skierować bagnety na tych, których mieli przed sobą. Następnie rozkazał im zrobić jeden krok w przód. Co też uczynili. Spoglądając z góry na plac, młody Alexander widział, jak ludzie z czoła tłumu cofają się na stojących za ich plecami, by ujść przed nagą stalą bagnetów. Tymczasem ludzie stojący na tyłach tłumu nie mieli jeszcze pojęcia, co się dzieje, ani myśleli ustępować, by choć trochę rozluźnić ścisk. Żołnierze dali jeszcze jeden krok w przód, a wówczas ci, którzy się cofali, zaczęli napierać nie tylko na tych, którzy stali bezpośrednio za nimi, lecz i na stojących dalej. Boczne skrzydła tłumu zostały gwałtownie przypłaszczone do ścian budynków. Stojący oko w oko z tłumem żołnierze nie mieli serca dźgać tak beznadziejnie unieruchomionych ofiar, więc odwrócili bagnety, robiąc miejsce pomiędzy ich ostrzami a niewzruszonym murem. Kiedy żołnierze dali jeszcze jeden krok do przodu - jak wspominał na starość Alexander - ludzie zaczęli "prze-prze-przecie-kać jak wo-wo-wo-woda po o-o-obu ko-ko-końcach sz-sze-sze-sze-regu". Pojedyncze przecieki zmieniły się w strumyczki, załamujące flanki szeregu i przenoszące setki ludzi w przestrzeń pomiędzy ogrodzeniem fabryki a nie strzeżonymi tyłami żołnierzy. Pułkownik Redfield, płonącym wzrokiem wpatrzony prosto przed siebie, nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje na krańcach szeregu. Zarządził kolejny krok w przód. A tymczasem tłum za plecami żołnierzy zaczął się zachowywać dość niesfornie. Jakiś młody człowiek wskoczył jak małpa żołnierzowi na tornister. Żołnierz usiadł z impetem i czynił przekomiczne próby podniesienia się z powrotem na nogi. Tym sposobem osadzono na ziemi jednego żołnierza po drugim. Ledwie któremuś udało się wstać, był natychmiast ściągany z powrotem na ziemię. Wtedy żołnierze zaczęli podczołgiwać się jeden do drugiego w poszukiwaniu wsparcia. Odmówili strzelania. Utworzyli w zamian kupę obronną - coś w rodzaju dotkniętego paraliżem jeżozwierza. Pułkownika Redfielda wśród nich nie było. Znikł z pola widzenia. Nikt nigdy nie przyznał się do wydania strzelcom wyborowym i strażnikom rozkazu otwarcia ognia z okien fabryki, a jednak ogień otwarto. Czternaście osób natychmiast padło od kul - w tym jeden żołnierz. Dwadzieścia trzy odniosły ciężkie rany. Alexander mawiał na starość, że strzelanina brzmiała nie groźniej niż pukanie z "kuku-kuku-kuku-kukurydzy" i że pomyślał sobie wtedy, iż przez plac na dole musiał powiać jakiś dziwaczny wiatr, bo ludzie padali jak "lil-lil-lil-liście". Gdy było już po wszystkim, zapanowało ogólne zadowolenie, że oto przysłużono się honorowi, a sprawiedliwości stało się zadość. Prawo i porządek zostały przywrócone. Spoglądając na pole walki, puste już, jeśli nie liczyć trupów, stary Daniel McCone miał powiedzieć: - Moi chłopcy, czy to się wam podoba, czy nie - tak właśnie wygląda wasz interes. Pułkownika Redfielda odnaleziono w końcu w bocznej uliczce. Był goły i dostał kuku na muniu, ale poza tym nic mu się nie stało. Młody Alexander nie próbował po tym wszystkim mówić, aż do chwili gdy przemówić musiał, czyli do obiadu świątecznego tego samego popołudnia. Poproszono go, by odmówił modlitwę dziękczynną. Wówczas odkrył, że potrafi jedynie bełkotać: zaczął się jąkać tak okropnie, że nic już nie umiał powiedzieć. Nigdy więcej nie pokazał się w fabryce. Został największym kolekcjonerem dzieł sztuki w Clevelandzie i głównym donatorem Clevelandzkiego Muzeum Sztuk Pięknych, dając tym samym dowód, iż rodzina McCone'ów interesowała się nie tylko pieniądzem i władzą dla samego pieniądza i władzy. Przez resztę życia jąkał się tak okropnie, że z rzadka tylko opuszczał swoją posiadłość przy Euc Avenue. Na miesiąc przed gwałtownym nasileniem się jąkania wżenił się w Rockefellerów. Gdyby nie to, jak mawiał później, prawdopodobnie nigdy by się nie ożenił. Miał córeczkę jedynaczkę, która się go wstydziła, podobnie jak żona. Po Masakrze zaprzyjaźnił się z jednym tylko człowiekiem. Człowiekiem tym było dziecko. Dzieckiem tym był synek jego kucharki i szofera. Multimilioner potrzebował kogoś, kto godzinami grywałby z nim w szachy. Uwiódł więc, jeśli tak można powiedzieć, rzeczonego chłopca, wpierw grami prostymi - w wilka i owce, w warcaby, w halmę. A przy okazji uczył go szachów. Wkrótce grywali już wyłącznie w szachy. Ich konwersacje ograniczały się do konwencjonalnych szachowych odzywek i przycinków, niezmiennych od tysięcy lat. Przykłady: - Pan w to już grał? - Jak pan tak, to ja tak! - Który to jest goniec? - Czy to czasem nie pułapka? Chłopcem był Walter F. Starbuck. Przystał on na tak nienaturalny tryb spędzania dzieciństwa i młodości z następującej przyczyny: Alexander Hamilton McCone obiecał, że pośle go kiedyś na studia do Harvardu. Pomóż słabemu, który wzywa pomocy, pomóż prześladowanemu i ofierze, gdyż to są twoi najbliżsi przyjaciele - towarzysze, którzy walczą i padają w walce, tak jak wczoraj walczyli i padali twój ojciec i Bartolo, w imię radosnej wolności dla wszystkich uciśnionych robotników. W tej oto batalii życia odnajdziesz największą miłość i sam będziesz kochany. NICOLA SACCO (1891-1927) W ostatnim liście do trzynastoletniego syna, Dantego, 18 sierpnia 1927 roku, na trzy dni przed egzekucją w więzieniu Charlestown, Boston, Massachusetts. "Bartolo" to Bartolomeo Vanzetti (1888-1927), stracony tej samej nocy na tym samym krześle elektrycznym, będącym wynalazkiem dentysty. Podobny los spotkał człowieka jeszcze bardziej zapoznanego, nazwiskiem Celestino Madeiros (1894-1927), który przyznał się do popełnienia zbrodni, za którą skazano Sacca i Vanzettiego, mimo że wniesiono już apelację w sprawie oskarżenia go o całkiem inne morderstwo. Madeiros był recydywistą, ale na koniec zachował się jak altruista. Tak, tak, życie toczy się naprzód, a drogi głupca i jego samouwielbienia szybko się rozchodzą, by może nigdy więcej już się nie spotkać, nawet w dniu Sądu Ostatecznego. Słuchajcie, proszę, uważnie, gdyż bohaterami tej książki na równi z ludźmi są lata, a całość stanowi historię mojego dotychczasowego życia. Rok Tysiąc Dziewięćset Trzynasty uraczył mnie darem istnienia. Rok Tysiąc Dziewięćset Dwudziesty Dziewiąty doprowadził do ruiny gospodarkę amerykańską. Rok Tysiąc Dziewięćset Trzydziesty Pierwszy posłał mnie na studia do Harvardu. Dzięki Tysiąc Dziewięćset Trzydziestemu Ósmemu zyskałem swoją pierwszą posadę w rządzie federalnym. Rok Tysiąc Dziewięćset Czterdziesty Szósty dał mi żonę. Rok Tysiąc Dziewięćset Czterdziesty Szósty dał mi syna niewdzięcznika. Rok Tysiąc Dziewięćset Pięćdziesiąty Piąty wylał mnie na zbity pysk z rządu federalnego. Dlatego lata piszę wielką literą jak imiona własne. Rok Tysiąc Dziewięćset Siedemdziesiąty ofiarował mi posadę w Białym Domu Nixona. Rok Tysiąc Dziewięćset Siedemdziesiąty Piąty wsadził mnie do więzienia za mój osobisty mizerny przyczynek do serii amerykańskich skandali politycznych, znanych pod wspólną nazwą "Afery Watergate". Trzy lata temu, licząc od chwili, w której to piszę, rok Tysiąc Dziewięćset Siedemdziesiąty Siódmy miał mnie właśnie wypuścić na wolność. Czułem się jak śmieć. Ubrany byłem w szmatławooliwkowy kombinezon, czyli uniform więzienny. Siedziałem sam w celi, na pryczy, którą opróżniłem już z pościeli. Koc, dwa prześcieradła i powłoczka na poduszkę, które miały być zwrócone rządowi wraz z uniformem, spoczywały, poskładane w kostkę, na moich kolanach. Wpatrywałem się prosto przed siebie w ścianę na drugim piętrze baraku Federalnego Zakładu Poprawczego dla Dorosłych Niższego Stopnia Zagrożenia Społecznego, na skraju Bazy Sił Powietrznych Finletter, trzydzieści pięć mil od Atlanty, stan Georgia. Czekałem na strażnika, który miał mnie zaprowadzić do budynku administracji, gdzie miałem otrzymać kartę zwolnienia z więzienia i cywilne ubranie. Nikt nie miał na mnie czekać za bramą. Na całym świecie nie było nikogo, kto obdarzyłby mnie uściskiem wybaczenia - albo darmowym posiłkiem i noclegiem na jedną, dwie noce. Gdyby ktoś mnie wtedy obserwował, zauważyłby, że co pięć minut mniej więcej spełniam tajemniczy obrządek. Nie zmieniając apatycznego wyrazu twarzy, unosiłem ręce z poskładanej pościeli i trzykrotnie klaskałem w dłonie. Wkrótce wyjaśnię, dlaczego. Była godzina dziewiąta rano, dnia dwudziestego pierwszego kwietnia. Strażnik miał już godzinę spóźnienia. Z końca pobliskiego pasa startowego wystrzelił w górę samolot myśliwski, zmarnował zapas energii, który starczyłby na ogrzanie stu domów przez tysiąc lat, i rozszarpał niebo na strzępy. Nawet okiem nie mrugnąłem. Dla zasiedziałych więźniów i strażników Finletter takie zdarzenie było już tylko nudne. Powtarzało się bez przerwy. Większość pozostałych więźniów, skazanych bez wyjątku za przestępstwa biurokratyczne nie noszące znamion gwałtu, odjechała już fioletowymi autobusami, jakimi wozi się dzieci do szkoły, na stanowiska robót wokół bazy. Na miejscu pozostała tylko skromna ekipa do prac domowych - zmywacze okien, zamiatacze podłóg i tak dalej. Kilku niezdolnych do pracy fizycznej, z bólami serca albo krzyża, kręciło się po baraku - coś tam pisali, czytali albo drzemali. Ja sam, gdyby to był dzień jak co dzień, ładowałbym bieliznę do magla w pralni szpitalnej bazy. Cieszyłem się, jak to mówią, doskonałym zdrowiem. Czy jako absolwent Harvardu doświadczałem w więzieniu szczególnego szacunku? Szczerze mówiąc, nie było to żadnym wyróżnieniem. Spotkałem tam grono co najmniej siedmiu innych harwardczyków. A ledwie zwolniłem swoją pryczę, zajął ją Virgil Greathouse, były Minister Zdrowia, Wychowania i Opieki Społecznej, również absolwent Harvardu. Jeśli idzie o poziom wykształcenia, plasowałem się w Finletter dosyć nisko, legitymując się zaledwie absolutorium. Nie byłem nawet członkiem Phi Beta Kappa. A członków Phi Beta Kappa musieliśmy mieć w więzieniu co najmniej ze dwudziestu, plus tuzin lub więcej doktorów medycyny, tę samą liczbę dentystów, jednego weterynarza, jednego doktora różdżkarstwa, jednego doktora ekonomii, jednego docenta chemii i całe kopy pozbawionych praktyki prawników. Prawnicy trafiali się tak nagminnie, że ukuliśmy następujący żart pod adresem nowicjuszy: "Jeżeli się zorientujesz, że osoba, z którą rozmawiasz, nie ukończyła studiów prawniczych, to lepiej uważaj. Albo masz do czynienia z kapusiem, albo ze strażnikiem". Mój skromny stopień naukowy opiewał na dyscypliny humanistyczne, z nieznacznym akcentem na historię i ekonomię. Wkraczając do Harvardu, założyłem sobie, że oddam się służbie publicznej jako wykonawca, a nie dostojnik z nominacji. Wierzyłem, że w ustroju demokratycznym nie istnieje wyższe powołanie niż dożywocie na usługach rządu. Ponieważ nie bardzo wiedziałem, do czego będę się mógł przydać rządowi - czy do Departamentu Stanu, czy też raczej do Biura do spraw Indian - postanowiłem posiąść wiedzę możliwie uniwersalną. Z tej przyczyny podjąłem studia na wydziale nauk humanistycznych. Dziś nazywam owe plany i przekonania własnymi, lecz wówczas, będąc zupełnym nowicjuszem na tej planecie, ochoczo przyjąłem za własne plany i przekonania człowieka znacznie ode mnie starszego. Był nim multimilioner z Clevelandu nazwiskiem Alexander Hamilton McCone, absolwent Harvardu z roku Tysiąc Osiemset Dziewięćdziesiątego Czwartego. Alexander Hamilton McCone był zdziwaczałym synem-jąkałą Daniela McCone'a. Daniel McCone był błyskotliwym i pozbawionym skrupułów inżynierem-metalowcem pochodzenia szkockiego, założycielem Towarzystwa Mostów i Żelaza Cuyahoga, największym prywatnym pracodawcą w Clevelandzie w czasach, kiedy przyszedłem na świat. Wyobrażacie sobie kogoś, kto się urodził w zamierzchłym roku Tysiąc Dziewięćset Trzynastym? Czy młodzież dnia dzisiejszego da mi wiarę, jeśli z kamienną twarzą oznajmię, że niebo nad Ohio chmurzyło się wówczas regularnie od niezliczonych stad gruchających pterodaktyli, a czterdziestotonowe brontozaury pławiły się, pomrukując słodko, w nurcie rzeki Cuyahoga? Oczywiście, że da. Alexander Hamilton McCone miał lat czterdzieści jeden, gdy przyszedłem na świat w jego domu przy Euclides Avenue. Żoną Alexandra McCone'a była Alice, z domu Rockefeller, jeszcze bogatsza niż on sam, która większość czasu spędzała w Europie wraz z ich jedynym dzieckiem, córką imieniem Clara. Matka i córka, którym pan McCone niewątpliwie przynosił wstyd swą haniebną wadą wymowy, a w których być może budził jeszcze większy niesmak upodobaniem do czytania książek przez cały boży dzień i nic poza tym - rzadko bywały w domu. W owych zamierzchłych czasach rozwód był rzeczą nie do pomyślenia. Claro - czy jeszcze żyjesz? Nienawidziła mnie. Byli i tacy. Nadal są. A kimże byłem ja dla pana McCone'a, że się wrodziłem w nieszczęsny marazm jego domostwa? Matka moja, Anna, z domu Kairys, urodzona na rosyjskiej Litwie, była jego kucharką. Ojciec, Stanislaus Stankiewicz, urodzony w rosyjskiej Polsce, był jego gorylem i szoferem. Oboje szczerze go kochali. Pan McCone urządził im, a także i mnie, przytulne mieszkanko na piętrze wozowni. W miarę jak dorastałem, stawałem się jego partnerem w grach, zawsze pod dachem. Nauczył mnie grać w wilka i owce, w warcaby, w halmę - i w szachy. Pan McCone nie grał zbyt dobrze. Prawie za każdym razem z nim wygrywałem. Niewykluczone, że popijał w tajemnicy. Zawsze myślałem sobie, że pan McCone nie dość mocno pragnie wygrać. Tak czy siak, zaczął dość szybko powtarzać moim rodzicom, że jestem geniuszem - którym z całą pewnością nie byłem - i że pośle mnie na studia do Harvardu. Przez wszystkie te lata ojciec i matka musieli z tysiąc razy usłyszeć od niego: "Zobaczycie, że przyjdzie dzień, w którym zostaniecie dumnymi rodzicami nienagannego dżentelmena z Harvardu". W tym celu, kiedy miałem może z dziesięć lat, pan McCone nakłonił nas do zmiany nazwiska ze Stankiewicz na Starbuck. Twierdził, że z anglosaskim nazwiskiem będę lepiej przyjęty w Harvardzie. Tak to właśnie zacząłem się nazywać Walter F. Starbuck. Sam pan McCone kiepsko sobie radził w Harvardzie, ledwo przebrnął przez studia. Do tego jeszcze nie był specjalnie lubiany, nie tylko za to, że się jąkał, lecz głównie za to, że był nieprzyzwoicie bogatym synem imigranta. Miał wszelkie przesłanki po temu, by znienawidzić Harvard, a jednak przez lata obserwowałem, jak odnosi się do niego z rosnącym sentymentem, romantyzmem, nareszcie - z czcią, tak że gdy szedłem do gimnazjum, on twierdził już, że nie było w historii świata mądrzejszych ludzi niż profesorowie Harvardu. Ameryka stałaby się rajem, gdyby najwyższe stanowiska w rządzie obsadzić harwardczykami. I co się okazało: Kiedy podjąłem pracę w rządzie Franklina Delano Roosevelta, jako dobrze się zapowiadający młody urzędnik Ministerstwa Rolnictwa, harwardczycy obejmowali z dnia na dzień coraz więcej wysokich stanowisk. Wówczas wydawało mi się, że nic bardziej właściwego. Teraz wydaje mi się to umiarkowanie komiczne. Jak już wspomniałem, harwardczycy to nic specjalnego, nawet w więzieniu. Jako student miewałem czasem cień nadziei, że po ukończeniu studiów będę się legitymował ponadprzeciętną zdolnością wyjaśniania spraw istotnych ludziom, którzy mają trudności z rozumowaniem. Nie tak się jednak sprawy ułożyły. W roku Tysiąc Dziewięćset Siedemdziesiątym Siódmym siedziałem zatem w więzieniu, oczekując nadejścia strażnika. Nie denerwowałem się, że ma, jak na razie, godzinę spóźnienia. Nigdzie mi się specjalnie nie spieszyło; właściwie nie bardzo miałem dokąd pójść. Nazwisko strażnika brzmiało Clyde Carter. Clyde Carter był jednym z nielicznych ludzi, z którymi zaprzyjaźniłem się w więzieniu. Łączyło nas głównie to, że odbywaliśmy ten sam korespondencyjny kurs obsługi baru, zorganizowany przez fabrykę magistrów w Chicago pod nazwą Instytut Doskonalenia Zawodowego Illinois, oddział korporacji RAMJAC. W tym samym dniu i tą samą pocztą otrzymaliśmy obaj tytuły doktorów miksologii. Clyde miał nade mną tę przewagę, że zrobił równocześnie, na tej samej uczelni, kurs w zakresie klimatyzacji pomieszczeń. Clyde był w trzecim stopniu spokrewnienia kuzynem prezydenta Stanów Zjednoczonych, Jimmy'ego Cartera. Mógł być o jakieś pięć lat młodszy, ale poza tym stanowił wykapany obraz prezydenta. Te same układne maniery, ten sam słoneczny uśmiech. Zadowoliłem się tytułem naukowym barmana. Niczego więcej nie planowałem na resztę życia, jak obsługiwać gdzieś tam cichy barek, najlepiej w klubie dla dżentelmenów. I uniosłem swe starcze dłonie z poskładanej pościeli, i klasnąłem w nie trzy razy. Kolejny myśliwiec wyskoczył w górę z końca pobliskiego pasa startowego i rozdarł niebo na strzępy. A ja pomyślałem sobie: "Przynajmniej już nie palę". Była to prawda. Ja, który wypalałem dziennie cztery paczki Pall Malli bez filtra, przestałem być niewolnikiem Królowej Nikotyny. Niebawem miałem sobie przypomnieć, jak wiele kiedyś paliłem, gdyż szary, prążkowany, trzyczęściowy garnitur firmy Braci Brooks, który oczekiwał mnie w magazynie, był cały upstrzony dziurami po papierosach. W kroku widniała dziura wielkości dziesięciocentówki - to pamiętałem. Tuż po wyroku zrobiono mi zdjęcie do gazety na tylnym siedzeniu zielonej limuzyny szeryfa federalnego. Zdjęcie to uznano powszechnie za obraz mojej hańby, upadku, przerażenia i niemożności spojrzenia ludziom w oczy. Była to, w gruncie rzeczy, fotografia faceta, który dop
Look up the Polish to Spanish translation of recydywista in the PONS online dictionary. Includes free vocabulary trainer, verb tables and pronunciation function.
Sport łączy ludzi, bo to zdrowa rywalizacja zazwyczaj pozbawiona nienawiści czy podziałów ze względu na poglądy. Gwiazdami są tu piłkarze, ale najważniejsi są kibice, którzy tworzą widowisko. Tak wygląda sielankowo przedstawiona wersja piłki nożnej. Czy tak wygląda to naprawdę? Pewnie, że nie. Futbol to w dzisiejszych czasach biznes jak każdy inny. Polityka, w której najistotniejszą rolę odgrywają pieniądze. Wielka kasa, nad którą władzę posiada jedna osoba – prezydent FIFA. Trwa kampania na to stanowisko. Konferencja Seppa Blattera. Cały świat czeka na informację, że 27 lutego Międzynarodowy Związek Piłki Nożnej będzie miał nowego szefa. Jeśli Szwajcar myślał, że całe spotkanie odbędzie się bez kontrowersji i nieprzyjemnych zdarzeń, mylił się. Sędziwy mężczyzna zasiadł za stołem i wtedy podszedł do niego jeden z zebranych na sali. Tajemniczy osobnik rozpoczął zawiłą przemowę, po czym teatralnie cisnął w Szwajcara plikiem banknotów dolarowych, mówiąc, że jest ambasadorem futbolu z Korei Północnej. Pieniądze symbolizowały nie tylko korupcję. To był znak, że piłka nożna z czasem stała się po prostu biznesem. Brytyjski komik, Simon Brodkin, który tę akcję zorganizował, w najlepszy możliwy sposób przedstawił całą sytuację. W swoim czasie to właśnie satyra polityczna doprowadzała do rewolucji, zmieniała rządy i biegi historii. Tak też było i tym razem – Blatter już się nie liczy. Wypadł z gry, ale zostawił związek w fatalnym stanie. Blatter i piłka – to połączenie groteskowe. Człowiek, który do futbolu podejście miał pogardliwe Despotyczne rządy 79-latka dobiegły końca. Wraz z nimi zakończyła się również era tak zwanych wiecznych prezydentów. Do tej grupy należeli właśnie działacz z Visp i jego wieloletni współpracownik o jeszcze gorszej reputacji, Joao Havelange. Przyszedł czas na nowych kandydatów. Ich głównym celem będzie odbudowanie praktycznie nieistniejącego respektu dla FIFA. Będą musieli świecić przykładem. Lekcje brać mogą od… Zbigniewa Bońka, który, mając świetny PR, ocieplił wizerunek PZPN-u po bardzo nieudanej kadencji Grzegorza Laty. Nie o Polsce jednak tu mowa. Pojęcie jest dużo szersze. Chodzi tu przecież o piłkę na całym świecie, a to bardzo trudne wyzwanie, którego podjęło się siedem osób. Jak w słynnym westernie – siedmiu wspaniałych. No dobra, czy wspaniałych? Chyba jednak niekoniecznie. Michel Platini, Sheikh Salman, Gianni Infantino, Ali bin Hussein, Jerome Champagne, Tokyo Sexwale, Musa Bility. Oto oni. Ludzie, którzy będą decydować o kształcie ukochanego sportu. To oni po finale mistrzostw świata wręczą kapitanowi zwycięskiej drużyny puchar, a członkom ekipy medale. Kto będzie te i wiele innych rzeczy robił? To pytanie nurtuje fanów na całym świecie, a odpowiedzi nie ma. Kampania wygląda jak tegoroczny wyścig po awans do ekstraklasy w I lidze. Nie ma wyraźnego faworyta, który górowałby nad innymi reputacją, przygotowaniem czy charyzmatyczną i rozpoznawalną sylwetką. Znaczy jest ktoś taki, ale on już na starcie dostał solidnego kopa w tyłek. Ci panowie zawalczą w zbliżających się wyborach (fot. The Guardian) Michel Platini jako prezes UEFA zbierał świetne recenzje. Wdrażał nowe reformy i wzbudzał powszechną sympatię. Inteligentny, wygadany, miły i zakochany w futbolu. Ideał. Niegdyś wybitny piłkarz, później również, wydawałoby się, świetny szef. Stało się inaczej. Blatter zrezygnował, a schedę po nim przejąć miał właśnie on. Miał poparcie praktycznie wszystkich federacji europejskich. Doskonale znał strukturę światowej i europejskiej federacji oraz wszystkich działaczy. Jednym słowem – był głównym faworytem do zwycięstwa w najbliższych wyborach, dopóki Komisja Etyki FIFA nie zawiesiła go na 90 dni z powodu domniemanego nielegalnego przelania na jego konto przez Blattera dwóch milionów franków szwajcarskich. W najbardziej optymistycznej dla siebie wersji wydarzeń Francuz powróci do wyborczej rywalizacji na początku 2016 roku, kiedy upłynie jego zawieszenie, a Komisja Etyki nie będzie miała żadnych przesłanek i argumentów, by dalej odsuwać go od piłkarskiej działalności. W pesymistycznym wariancie, przy przeciągającym się śledztwie, komisja może przedłużyć mu karę zawieszenia o kolejne 45 dni. Wtedy Platini może zostać na aucie. Co dla niego najgorsze, to właśnie ten drugi scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Platini do pewnego momentu cieszył się niezszarganą reputacją (fot. W takim wypadku na czoło rywalizacji wysuwają się działacze z Bliskiego Wschodu. Obu łączą dwa fakty: pochodzą z rodziny królewskiej i są zaprawieni w bojach futbolowo-biznesowych. Sheikh Salman i Ali bin Hussein mogą rządzić piłkarskim światem. Ten pierwszy od 2013 roku pełnił funkcję jednego z wiceprezydentów FIFA. Dawniej głośno popierał kandydaturę Platiniego, teraz deklaruje po prostu, że „FIFA wymaga powrotu na odpowiednią ścieżkę”. Jego wielkim atutem jest fakt, że stoi na czele posiadającej dużo głosów Piłkarskiej Federacji Azjatyckiej; może liczyć na jej głosy, ale ma też pewną kulę u nogi. Głośno popierał on kandydaturę Kataru na organizatora mistrzostw świata w 2022 roku, tymczasem uczciwość wyboru tego państwa jest obecnie objęta dochodzeniem. Rola Salmana w wybuchu serii antyrządowych wystąpień w 2011 roku budzi zastrzeżenia obrońców praw człowieka. Takich wad nie ma Ali bin Hussein, który jako jedyny był na tyle odważny, by rywalizować w bezpośredniej walce z Seppem Blatterem w poprzednich wyborach. Otrzymał wtedy zaledwie 73 głosy, ale rywalizował z tyranem. Teraz wciąż może liczyć na poparcie dużej części licznych federacji azjatyckich i amerykańskich. Nic na nim również nie ciąży, bo jego CV prezentuje się całkiem ładnie. Jordańczyk i członek królewskiej rodziny z Bahrajnu mogą namieszać… Książę Ali bin Hussein wyrasta na jednego z faworytów w walce o fotel prezesa FIFA (fot. W podboju świata zaszkodzić mogą im Europejczycy: Gianni Infantino i Jerome Champagne. Popularny „Łysy z UEFA” może mieć poparcie Europy, ponieważ zna mechanizmy działania piłkarskich federacji. Brakuje mu jednak trochę doświadczenia na stanowiskach kierowniczych. W środowisku uważa się go za człowieka w 100% oddanego Platiniemu. Wykonuje wszystkie jego polecenia i prawdopodobnie zupełnie nie odnalazłby się na tak wysokim stanowisku. Jako sekretarz generalny UEFA pełni funkcję w dużej mierze reprezentacyjną. Z twardym biznesem i polityką nie ma styczności w ekskluzywnym środowisku Europejskiego Związku Piłki Nożnej. Z zupełnie innej pozycji startuje Champagne – były i uznany redaktor „France Football” oraz attache we francuskim rządzie. Przez 11 lat pracował w FIFA, także jako współpracownik zawieszonego obecnie Blattera. To on pomógł mu w 2002 roku wygrać wybory. Pomógł także Michelowi Platiniemu w UEFA pięć lat później. W 2010 roku opuścił FIFA. Nie kryje swojej sympatii do Seppa Blattera, a ten wciąż dużo znaczy w futbolu. To może być rysa na jego wizerunku w odbiorze ogólnym, ale takie poparcie od byłego prezydenta może mu również bardzo pomóc, bo Szwajcar zawsze miał przecież wielkie wpływy w mniejszych federacjach. Champagne może być czarnym koniem wyborów. Proponuje odważne reformy i rewolucyjne wręcz zmiany struktur. Gianni Infantino – przyszły prezydent FIFA? Jest jeszcze dwóch kandydatów z Afryki, jednak szanse Musa Bility i Tokyo Sexwale są bardzo nikłe. Mały plus obok ich osób można postawić za to, że nie wywodzą się ze środowiska FIFA. Bility od pięciu lat jest prezesem związku w Liberii, gdzie rządzi skutecznie, choć reprezentacja nie osiąga oszołamiających sukcesów. To biznesmen, który dorobił się fortuny na ropie i cemencie. Jest zdania, że światową organizacją powinna zarządzać nowa kadra. – Jeśli chcemy zmienić coś w światowej piłce nożnej, to ludzie, którzy teraz będą w niej działali, po prostu nie mogą mieć z nią w ostatnich 20-25 latach nic wspólnego. Ja właśnie taki jestem – powiedział. Może jednak liczyć raczej tylko na poparcie niewielkiej części Czarnego Lądu. W 2013 roku został zawieszony przez Afrykańską Federację Piłkarską na sześć miesięcy za przetrzymywanie w swoim mieszkaniu tajnych międzynarodowych dokumentów. Do tego na drugim największym kontynencie świata ma groźnego rywala – Tokyo Sexwale obecnie działa w FIFA na rzecz walki z rasizmem, a jego kandydatura została zatwierdzona przez Południowoafrykański Związek Piłkarski. Sexwale był znany jako działacz walczący z apartheidem oraz więzień polityczny. Jest biznesmenem, a jego firma zajmuje się wydobywaniem diamentów. Posiada on pozytywny wizerunek z powodu długoletniej walki z segregacją rasową. Na tym jednak lista jego atutów się kończy… Okres tyranii dobiegł końca i pojawił się… duży problem. Trudno z tych, którzy pozostali, wyselekcjonować odpowiedniego następcę. Kogoś, kto byłby najbliżej ideału. Jaki jest kandydat idealny? Ze smykałką do biznesu, rozpoznawalną twarzą, doświadczeniem w środowisku, umiejętnością poruszania się w hermetycznym świecie polityki sportowej, ale przede wszystkim ktoś, która kocha piłkę nożną całym sercem i zna wartość kibiców. Teraz Was jednak zasmucę – taka osoba nie istnieje. Nie jest nią żaden z wyżej wymienionych działaczy. Znów będzie obowiązywać zasada, która tak denerwuje nas podczas wyborów: mniejsze zło. Co nim jednak jest? Obrazowo – można wybrać księcia, szlachcica, łysego, recydywistę, redaktorka i dwóch czarnoskórych biznesmenów, których związek z piłką nożną jest prawie żaden. So, we have a problem. FIFA Michel Platini Sepp Blatter
.